Chcieć
to
znaczy móc
Witam wszystkich
w pierwszym felietonie z cyklu opowieści górskich. Siłą
rzeczy wiele będę pisał o najwyższych górach świata, ale nie
w tym numerze. Skoro wydanie poświęcone jest sprawom tatrzańskich,
wypada trochę popisać o naszych górach.
Szczególnie, że Tatry dla mnie są bardzo ważne. Pierwszy raz
pojawiłem się w nich mając 18 lat. Wcześniej znałem praktycznie tylko
morze, bo tam jeździłem z rodzicami na wakacje. Potem kumpel z liceum
zabrał mnie zimą na grań Tatr zachodnich, a zakończyliśmy przejściem
Orlej Perci od Koziej Przełęczy do Zawratu. I zaczęło się.
Góry pochłonęły mnie całkowicie, szczególnie
zimą. Przez pierwszy sezon biegałem po szlakach, zaraz potem zacząłem
się wspinać.
Andrzej Zawada, którego
niestety nie było dane mi poznać, zwykł mówić:
„pokaż co zrobiłeś w Tatrach zimą, a powiem ci jakim jesteś
alpinistą.” Oczywiście o tym zdaniu dowiedziałem
się znacznie później. Każdą wolną chwilę
poświęcałem na to, by znaleźć się w górach i się wspinać.
Choć nie było to dla mnie łatwe. Ciągły brak pieniędzy na studiach
dawał się we znaki. Często dzisiaj słyszę, że ktoś nie będzie się
wspinał, bo nie ma kurtki gore (oczywiście topowej), nie ma
odpowiednich czekanów, bo przecież nie wyda tyle kasy na
nie, jego raki są za słabe itp. I w efekcie nie może się
wspinać…
Drugi raz szedłem z tym samym kumplem po
Orlej, tym razem na Kozi Wierch. Miałem wtedy glany
„angielki” na nogach, w których
chodziłem po mieście, pożyczyłem ruskie raki, a czekan mieliśmy jeden.
Wzięliśmy kilkanaście metrów repa, by ten czekan podawać
sobie w trudniejszych momentach. Dżinsy zamarzały mi na nogach,
kiepskie rękawiczki zamokły zaraz na początku. Nie polecam,
szczególnie że dzisiaj sprzęt jest relatywnie tańszy. Ale
pamiętam niesamowitą chwilę, kiedy staliśmy na jakiejś śnieżnej grani,
a pod nami były tylko chmury. Patrzyłem ze łzami szczęścia w oczach i
pomyślałem wtedy: „tak musi być w Himalajach, o
których czytałem w książkach i w które pewnie
nigdy nie dotrę, ale Tatry też są piękne.” Tatry nadal darzę
wielkim sentymentem i kiedy mogę, to tam jadę pochodzić, powspinać się,
po prostu pobyć. A myśli o tym, że Himalaje są dla mnie niedostępne
rzeczywistość zweryfikowała kilka lat później. Stałem pod
północną ścianą K2, patrzyłem z zachwytem i przypomniałem
sobie tę chwilę na śnieżnej grani pod Kozim Wierchem. Marzenia stały
się rzeczywistością.
Bo w tym całym sporcie nie chodzi o to,
by mieć jak najwięcej, jak najlepszego sprzętu. Ważna jest determinacja
i własne pragnienia. I wytrwałe dążenie do celu. Himalaje wydawały się
zbyt odległe, by o nich myśleć w realnych kategoriach. Jednak sceny z
książek działały na moją wyobraźnię i jak widać sterowały moimi
poczynaniami.
Czasem oczywiście marzenia nie
wystarczą. Liczy się zbieg okoliczności, szczęście, a przede wszystkim
ludzie, których spotykamy po drodze. Tak naprawdę to dzięki
nim osiągamy tak wiele w życiu. Nigdy nie pojechałbym na zimowe K2, a w
efekcie nigdy nie jeździłbym w góry wysokie, gdyby nie
ludzka pomoc i poparcie. Tak, miałem szczęście i do
partnerów, i do tych, którzy wierzyli w moje
zdolności i je promowali.
Jedną z pierwszych, zimowych
dróg hakowych, które robiłem w Tatrach, była
droga Baryły na Mnichu. Potem mieliśmy zakończyć wariantem R. Nie
doszliśmy do Mnichowych Półek i złapaliśmy biwak na
półce skalnej poniżej. Miałem ze sobą mój
pierwszy porządny śpiwór, zresztą szyty na
zamówienie. Leżałem zmęczony, patrzyłem w gwiazdy i
wiedziałem, że wspinanie pochłonęło mnie na zawsze. Nie chodzi tylko o
sam sport, chodzi o cały styl życia. O podejście do gór, do
ludzi, do świata. Uwielbiałem się włóczyć, spać w
niespodziewanych miejscach, przebywać w towarzystwie podobnych do mnie
ludzi. Choć nie wiedziałem wtedy, że wspinanie zdominuje całe moje
życie. Nie marzyłem o tym, że stanie się jedną z
najważniejszych rzeczy w życiu. Kilka lat później leżałem w
tym samym, ale już mocno zużytym śpiworze i potwornie marzłem. Ale
byłem w bazie pod jedną z najwyższych gór świata. Razem z
moim wysłużonym sprzętem nie pierwszej młodości. Ale chciałem. Już
wtedy wiedziałem, że chcę. I że mogę.
Zatem róbmy to co lubimy w
życiu. Jeśli naprawdę chcemy, marzenia się spełniają. Nasza
determinacja jest w stanie pokonać wiele barier, które na
pierwszy rzut oka są nie do pokonania. Nie znamy przecież do końca
naszych możliwości. Trzeba próbować, a nie od początku
myśleć, że nie da się, bo jest za trudne. Nagle świat się otwiera. A my
patrzymy wstecz i przebyta droga wydaje się taka krótka.
Przed nami wielka niewiadoma, która czasem może przerażać.
Jednak niewiadoma staje się wiadomą, a my potem znowu spojrzymy wstecz
i okaże się, że wszystko było takie łatwe. Może nie tyle, że łatwe,
tylko my spodziewaliśmy się, że będzie trudniejsze. Obojętne, czy się
wspinamy, jeździmy w najwyższe góry świata, czy po prostu
chodzimy po tatrzańskich szlakach.
Niedługo koniec lata. Minie jesień i
znowu zima. Czas wyczyścić, odświeżyć i przygotować sprzęt. A potem ze
ściany spojrzeć na schronisko daleko w dole i po prostu być. Czego
życzę wszystkim, których marzenia się spełniły, spełniają
się, albo dopiero się spełnią.
www.piotrmorawski.com
|