|galeria |  |artykuły |  |dzień po dniu|
ZUPEŁNIE INNY ŚWIAT [CZĘŚĆ I]

Miłe dobrego początki

szczyt K2 w promieniach zachodzącego słońca    Kolejny, jesienny dzień pracy dobiegał końca. Szykowałem się już do wyjścia, kiedy ze zdziwieniem dostrzegłem nowego e-maila. Był krótki: „czy macie ochotę spędzić zimowe ferie przy –30?”. Nadawca: Artur Paszczak, prezes KW Warszawa, wiadomość wysłana do Marcina i do mnie, tytuł: „k2”. Chwyciłem za telefon, nie za bardzo wierząc swoim oczom i zadzwoniłem do Prezesa. Spokojny, trochę rozbawiony moim zdziwieniem głos oświadczył: „nic dokładnie nie wiem, poza tym, że jest szansa byście z Marcinem pojechali na zimowy atak na K2, wyprawę organizowaną przez Krzyśka Wielickiego.” Potem nastąpiły dni niepewności, zapadały decyzje, czas płynął, do wyprawy zostało niespełna półtora miesiąca. Stwierdziłem, że odrzucono moją kandydaturę. Nagle telefon, krótka rozmowa z Krzysztofem, zakończona zdaniem, które do dziś mi brzmi w głowie: „no dobra, zaryzykujemy, jedziesz”... baza główna Nastąpił czas przygotowań, dzwonienie do ludzi dobrej woli, zakup sprzętu, pakowanie cargo. Godzina zero zbliżała się z niesamowitą prędkością. Ważne było jedno, pojadę zdobywać jedną z najpiękniejszych i najbardziej wymagających gór na świecie, mój pierwszy ośmiotysięcznik, pojadę na „górę gór” zimą, i na dodatek jestem w głównym składzie! Długi lot poprzez Londyn do Biszkeku. Odebraliśmy nasze bagaże, coś ponad 7 ton beczek i pudeł, nie licząc osobistych plecaków, wsiedliśmy w przygotowany już samochód, razem z dwoma ciężarówkami i małym busem pojechaliśmy żwawo ku granicy chińskiej. W Kaszgarze przeładowaliśmy beczki, zostawiliśmy trochę sprzętu i jedzenia. Po 5 dniach od wyruszenia z Biszkeku dotarliśmy do posterunku wojskowego w Ilik. Czekało już na nas 70 wielbłądów. Rankiem następnego dnia wielkie zamieszanie, ważenie i pakowanie. Dopiero wczesnym popołudniem ruszyliśmy. Długi, rozciągnięty wąż ludzi, ponad trzydzieści osób. A za nami sznur objuczonych wielbłądów prowadzonych przez Ujgurów i Tadżyków. 5 dni karawany i założyliśmy bazę chińską (3900 m.n.p.m.), tuż u wejścia do wielkiego kanionu prowadzącego ku lodowcowi K2.

Pierwsze natarcie

Darek i Roman podczas obiadu w mesie    Dwie godziny marszu z bazy chińskiej to żmudne podejście długim stokiem. Nagle moim oczom ukazała się całkiem spora góra. Stanąłem trochę zdziwiony, czyżby to już była Ona? Ale nie, po kolejnych kilkunastu minutach marszu, zza kamienistej grani wyłonił się potężny, skalisty trójkąt. To musi być K2, spowite lekką mgła, z długim pióropuszem wieńczącym wierzchołek, potężnym skalnym filarem, wielkim lodowcem pod kopułą szczytową. Będzie nad nami górować przez następne dwa miesiące. A garstka śmiałków będzie usiłowała wydrzeć samotność zimowego wierzchołka. Dwa dni później założyliśmy bazę główną. Mróz dawał się mocno we znaki. Grudzień pożegnał nas bezchmurną pogodą i umiarkowanym wiatrem. Temperatura w nocy spadała poniżej –30oC. Rankiem wnętrze namiotu było pełne szronu, śpiwór zamarzał. Wyjście na zewnątrz trwa około godziny. Zanim człowiek przekona sam siebie, że można się ruszać w takich warunkach, zanim założy ubranie... Pierwsze dni w bazie to ciężka praca w kamieniołomach. Znajdujemy miejsca na nowe platformy, usuwamy wmarznięte głęboko w lód kamienie. Jednocześnie chłopcy z bazy pośredniej, nasz dzielny suport team, wraz z Hunzami zaczęli transport ładunków. Przez kolejne trzy tygodnie zaopatrywali nas w liny, jedzenie i sprzęt. Pierwszy zespół ruszył pod północny filar, na drogę, która może przynieść wiele radości, zawodu, satysfakcji i smutku. Wszystko przed nami. Tego dnia Gia z Iliasem rozpoczęli pojedynek z mroźną górą, położyli pierwsze metry poręczówek. Od tej pory kolejne zespoły ruszają by kłaść nowe liny, zakładać obozy, zaopatrywać je. Każdy pracuje tak jak może, na ile wystarczają jego siły. w obozie drugim Pogoda nam dopisuje. Jest piekielnie mroźno, ale w miarę bezwietrznie i bezchmurnie. 5 stycznia, po tygodniu pracy w ścianie, w dzień urodzin Lidera staje obóz pierwszy, na wysokości około 6050 metrów. Położyliśmy ponad kilometr lin. Sam obóz zakładają Denis i Waszka. Mkną do góry z niewiarygodną szybkością. Przez radio nie brzmią w ogóle na zmęczonych ciężką pracą. Dojście do jedynki to długie podejście stromą, lodową ścianą. Z ciężkim worem, w wielkich butach ciężko się zdobywa kolejne metry. Najbardziej męczą się łydki, ciężko znaleźć jakieś miejsce na odpoczynek. Namiot stoi wciśnięty w szczelinę. Nad nim lśnią pola lodowe zwieńczone czarnymi skałami. Pierwszą noc w jedynce spędzamy w czwórkę: Darek, Maciek, Marcin i ja. Jest trochę ciasno, ale humory nam dopisują. W nocy pyłówki nie dają spać, wiatr hula w pobliskich skałach. Wstaje mglisty i wietrzny ranek. Wygrzebujemy się z zasypanej do połowy jedynki. Tego dnia położyliśmy niewiele lin, wykopaliśmy nową platformę pod namiot, umocniliśmy go i zaczęliśmy zjeżdżać w mleczną otchłań pod nami.

Wzloty i upadki

widok z obozu drugiego    Spokojna jak do tej pory góra zaczyna pokazywać zęby. Coraz częściej chowa się za mgłą, wierzchołek dymi coraz ciemniej. Zastanawiamy się jak potwornie musi na nim wiać. Dziwi nas tylko milczenie góry, przy takich wiatrach powinna wyć jak potępieniec. Tymczasem w bazie prawie nie było jej słychać. Dopiero potem stwierdzamy, że wiatr wieje głównie na pakistańską stronę, zabiera wycie daleko od bazy. Kolejne zespoły wyruszają do góry. Z coraz większą wysiłkiem wydzieramy kolejne metry. Długie, lodowe pola niełatwo ustępują. Zaczęliśmy żyć bazowym życiem. Dom, kraj, pieniądze, wszystko znikło w zapomnieniu. Teraz było tylko K2 i baza. Czas liczyłem wyjściami do góry. Teraz trzecie wyjście, mam za zadanie położyć kolejne metry poręczówek. Potem wrócę do bazy, kilka dni odpoczynku, brydżyk w „kopułce” (namiocie, który służył nam do wieczornych posiedzeń), czas odmierzany od posiłku do posiłku. Kolejne wyjście do góry... dymiące K2 wieczorem W drugiej połowie stycznia, po ponad dwóch tygodniach wytężonej walki stanął obóz drugi (6850). Niedługo się nim nacieszyliśmy. Darek i Maciek spędzili noc w świeżo założonej dwójce prawie całą noc przytrzymując namiot by nie odleciał. Wichura porwała materiał i połamała maszty. Przeżyli i niemiłosiernie zmęczeni nocną walką dotarli do bazy. Dwójka właściwie przestała istnieć. Zaraz potem spadł na naszą wyprawę kolejny cios. Trójka wspinaczy ze Wschodu zdecydowała się odejść. Został Denis, który stwierdził, że z wyprawą przyjechał i z tą samą wyprawą opuści górę. Nie ma co zastanawiać się nad motywami odchodzących, ważne było jedno: nasz skład został znacznie osłabiony. A góra coraz skuteczniej odrzucała nasze ataki. Odejście towarzyszy ze Wschodu nie rozbiło wyprawy, wręcz przeciwnie. Poczuliśmy, że musimy teraz pracować jeszcze ciężej, by mieć chociaż cień szansy na pokonanie coraz groźniejszego przeciwnika. Całe to, w sumie smutne wydarzenie, skonsolidowało uczestników, zmotywowało tych, którzy przestawali wierzyć w sukces.

część druga

jesteś w >>>główna/k2/artykuły/gory1
 
Piotr Morawski 2003 --> ostatnia zmiana: 19.04.2007