|galeria |  |artykuły |  |dzień po dniu|
ZUPEŁNIE INNY ŚWIAT [CZĘŚĆ II]

Droga w chmurach, czyli marzenia o szczycie...

K2 w chmurach    Zaczęliśmy pracować w trzech: Denis, Marcin i ja. Szybko staliśmy się najmocniejszym zespołem. My, żółtodzioby w ośmiotysięcznych górach (na dodatek zimą), nauczyliśmy się wiele od Denisa. Odnowiliśmy dwójkę, przenieśliśmy namiot w miejsce trochę bardziej osłonięte od wiatru niż poprzednie. W bazie Krzysiek zlikwidował pojęcie support teamu. Zmęczona ciągłym transportem z bazy pośredniej do głównej trójka miała w końcu okazje sprawdzić się w górze. Ruszyły kolejne ładunki lin, jedzenia i paliwa. Pogoda stawała się coraz gorsza. Wiało coraz silniej, góra znikła całkowicie za brudnobiałą zasłoną. Do końca wyprawy pokazała się może ze trzy razy. Niewiele osób było w stanie dojść do dwójki, zawracali głównie przed barierą skalną, z której sypały się pyłówki, kamienie i spore kawały lodu. Zaczęły się pierwsze odmrożenia, zmęczenie ciężką pracą nie ustępowało nawet w bazie. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy stanął obóz trzeci (ok. 7200 m.n.p.m.). Wygraliśmy kolejną potyczkę. Mały namiot, wystawiony całkowicie na ataki wiatru, ustawiony kilkanaście metrów od przepaści, dodał nam skrzydeł, odkopał zasypaną śniegiem i potarganą wiatrem nadzieję. Wyruszyliśmy do góry, Denis, Marcin i ja, z ambitnym planem założenia czwórki. Czas płynął nieubłaganie i trzeba było działać szybko, by mieć jeszcze szansę na atak szczytowy. Z ciężkimi plecakami przebiliśmy się przez sypiącą kamieniami i lodem barierę skalną i po trzech dniach od wyjścia z bazy osiągnęliśmy trójkę. Prognozy pogody mówiły, że mamy szansę na kilka dni ładnej pogody. Dlatego z bazy wyruszyliśmy podczas sporej mgły i przy silnym wietrze. Szedłem prawie cały czas w masce i goglach. Nawet najmniejszy skrawek ciała wystawiony na pędzący z zawrotną szybkością wiatr zamarzał i dokuczliwie bolał. Potężne szkwały rzucały nami na poręczówkach, odrywały od ściany. Do trójki dotarliśmy ledwie żywi. W nocy jednak wiatr trochę przycichł. Tak, że kolejnego dnia położyliśmy z Marcinem 300 metrów lin. Nadchodziło zapowiadane okno pogodowe, przynajmniej tak nam się wydawało. Denis w akcji Wieczory w namiocie spędzałem na przygotowywaniu jedzenia, sporządzaniu moich codziennych notatek i na pielęgnacji stóp. Miałem sine cztery palce u nóg, siedziałem co wieczór cierpliwie je rozcierając i rozgrzewając nad palnikiem. Chciałem jeszcze co najmniej raz wyjść do góry. Wiedziałem już, że mam szansę na atak szczytowy i ta myśl dodawała mi sił. Stanąć zimą na szczycie K2... Drugiego dnia położyliśmy z Denisem kolejne metry. Mieliśmy zaledwie 200 metrów lin. Brakowało nam zaopatrzenia. Na szczęście z dołu do trójki przebił się Jacek Jawień. Przyniósł trochę jedzenia i liny i od razu zawrócił. Marcin miał je donieść jeszcze tego samego dnia do góry, abyśmy mogli jeszcze trochę zaporęczować. Niestety nie udało się. Zostawiliśmy na końcu lin namiot, chcieliśmy by kolejnego dnia stanęła czwórka. Mieliśmy na to szanse, jeśliby dopisałaby pogoda i oczywiście nasze organizmy. Powoli zaczynaliśmy odczuwać skutki kolejnego dnia pracy powyżej trójki. Wieczorem Marcin stwierdził, że następnego dnia schodzi do bazy. normalny dzień... Ranek przywitał nas słońcem, trochę tylko przyćmionym przez lekką mgłę. Ruszyliśmy z Denisem do góry. Szybko pochłanialiśmy kolejne metry. Mimo mrozu i dokuczliwego wiatru czułem się świetnie. Umysł pracował jasno, widoki dookoła wręcz ogłuszały, czułem się jakbym miał skrzydła. Denis oczywiście szedł szybciej niż ja, z niedowierzaniem patrzyłem jak idzie, jak maszyna. Każdy krok wyważony i pewny. Kiedy doszedłem do końca poręczówek Denis już kładł kolejne metry. Załadowałem leżący w depozycie namiot, poczekałem, aż partner skończy wyciąg i ruszyłem. Dołożyłem do plecaka zaledwie 4 kilogramy, a już po kilku krokach czułem jakby był co najmniej dwukrotnie cięższy. Tempo mi spadło, ledwie doczłapałem się do końca liny. Denis już rąbał platformę pod czwórkę. Nie było czasu na odpoczynek. Chwyciłem dziabę i przyłączyłem się do niego. Wiatr wzmagał się, słońce uciekło za grań i dopadł nas przeraźliwy mróz. Kiedy wyciągnęliśmy namiot okazało się, że ma wyciągnięte gumki w masztach. Musieliśmy naprawiać usterki gołymi rękami. Po dwóch godzinach walki z platformą i namiotem, zupełnie wycieńczeni, trzęsąc się z zimna siedzieliśmy w namiocie. Jeszcze tylko ponad godzinne kłopoty z rozpaleniem maszynki i mogliśmy zacząć gotować wodę. Całą noc drżałem z zimna. Spaliśmy przytuleni do siebie plecami, w zamarzniętych śpiworach i przepoconych kombinezonach. po ciężkich dniach... Rankiem schodziłem do bazy pełen optymistycznych myśli. Założyliśmy czwórkę, do góry, mimo pogarszającej się pogody szedł Maciek i Darek by zaopatrzyć obóz i go umocnić. Zostało jeszcze do zaporęczowania ostatnie 200 metrów ponad czwórką, aż do lodowca wyprowadzającego na wierzchołek. Szczyt wydawał się blisko, a na dodatek wiedziałem, że mam szansę na niego, że z Denisem przy następnym wyjściu przypuścimy atak. Z takimi myślami dotarłem do bazy, roześmiany i mimo zmęczenia pełen entuzjazmu. Ściągnąłem buty. Lewa noga wyglądała całkiem w porządku. Roman rzucił jednak tylko okiem na palce prawej i stwierdził: „cóż, Piotrek, zakończyłeś już wyprawę”. Długo nie mogłem w to uwierzyć, jednak odmrożenia nie zostawiały nawet cienia wątpliwości. Nie byłem w stanie wyjść już do góry, chyba, że chciałbym stracić wszystkie palce, albo nawet stopy.

Bezlitosna

Marcin zaraz po wejściu do namiotu    Przyszło potężne załamanie pogody. Darek z Maćkiem wycofali się z obozu trzeciego, reszta uciekła z niższych obozów. Wichura wygnała wszystkich ze ściany. Dopiero po tygodniu zaczęło się trochę rozjaśniać. Niewiele osób było w stanie podjąć kolejne wyzwanie. Do ataku szczytowego byli zdolni tylko Denis, Krzysiek i Marcin. Lider postanowił wykorzystać nadchodzące według prognoz dwa dni pogody. Do góry ruszyły pierwsze zespoły, na rekonesans, co zostało po wichurze. Jedynka stoi! Nienaruszona tylko trochę przysypana śniegiem. Do dwójki dociera już tylko zespół szczytowy, czyli Denis i Marcin. Za nimi, w odstępie dnia, podąża Lider. Dwójka ocalała, trójka także. Podniecenie w bazie rośnie. Jednocześnie z Pakistanu docierają do nas druzgocące wieści. Nie będzie dwudniowego okna pogodowego, mamy do czynienia z najgorszym załamaniem pogody na tym terenie od półwiecza. Słońce może wyjdzie dopiero w pierwszych tygodniach marca. Dla nas za późno, zatem atak trwa. Denis z Marcinem docierają do czwórki. Nie zostało po niej śladu, wichura zmiotła mały namiot ze skalnej grani. Rozstawiają mały namiot, który przynieśli ze sobą i spędzają ciężką noc śpiąc w jednym śpiworze i na linach. Jedyny lek jakim dysponują, to tabletka aspiryny. Rano do bazy dociera od Denis alarmująca wieść, że Marcin jest potwornie słaby i ma kłopoty z kojarzeniem. Kolejne godziny upływają w ciszy, w wyczekiwaniu na kolejne komunikaty. Z bazy wyruszają wszyscy Ci, którzy jeszcze są w stanie działać, niosą tlen, leki, napoje. W górze jest tylko Krzysiek, który momentalnie rusza z lekami i gorącą herbatą z trójki. Uspokajamy się trochę, kiedy Marcin zaczyna powoli schodzić o własnych siłach na dół, ubezpieczany przez Denisa. Dochodzi do nich Lider. Pada stwierdzenie, że to najprawdopodobniej wycieńczenie organizmu, deterioracja, doszli przecież do czwórki w bardzo trudnych warunkach i spędzili w niej ciężką noc. Marcin z każdym metrem w dół idzie coraz pewniej. W mesie nagle wszystkim spada kamień z serca, rozpoczyna się gwar i rozmowy.

Może następnym razem...

powrót do domu    Następnego dnia wszyscy schodzą z góry. Wiatr, mgły i chmury wzmagają się, pogoda nie daje żadnych szans na kolejne wyjście. Z ciężkim sercem Lider wypowiada słowa kończące wyprawę... I czas przyspieszył. Zwijanie baz, pakowanie karawany, trzy dni podróży pustymi górami i docieramy do pierwszych oznak cywilizacji. Jeszcze kilka dni w samochodach, kilka dni w Kaszgarze i Biszkeku spędzonych głównie na bazarach i w knajpach i siedzimy w samolocie lecącym do Polski. Już za kilka godzin spotkamy się z czekającymi na nas na lotnisku ludźmi. Z jednej strony radość. A z drugiej smutno, że to już koniec. Że została za mną piękna, mroźna, nadal zimą niepokonana góra, zostało życie obozowe i codzienna walka z zimnem i wiatrem. Wracam do cywilizacji i problemów, o których dawno już zdążyłem zapomnieć. Do zupełnie innego świata...

powrót do części pierwszej

jesteś w >>>główna/k2/artykuły/gory2
 
Piotr Morawski 2003 --> ostatnia zmiana: 19.04.2007