|
27 styczeń 2003 (43)
Ranek znowu wietrzny i pochmurny. Wstałem jeszcze myśląc o wymarszu. Rozmowa z liderem zakończyła wszelkie plany. Okazało się, że w górze widoczność jest prawie zerowa, wiatr tnie niemiłosiernie śniegiem i prawie niemożliwe jest wyjście wyżej, do dwójki. W związku z tym zostaliśmy w bazie, a lider po uporządkowaniu namiotu w jedynce zszedł na dół.
Baza cały czas spowita jest białym tumanem. Często stojąc w jej środku, przy mesie, ledwie widać ostatnie namioty. Częste podmuchy wiatru niosą ze sobą mnóstwo lodowatych igieł. Ludzie, o ile przez przypadek znajdą się na dworze, wtedy stają tyłem, kryją głębiej głowy w kapturach, byle zimny tuman nie wdarł się po ubranie, nie wydzierał resztek ciepła. Dookoła panuje dziwna wilgoć, zapewne niewielka, ale wyziębiająca wszystko i wszystkich. Rano człowiek leży w rozgrzanym śpiworze, wsłuchany w łopoczące na silnym wietrze namioty, wpatrzony w zaszronione wszystkie rzeczy w namiocie i jedyne, co go wygania z przytulnego schronienia, to wołanie na śniadanie. Potem czas leniwie płynie, aż do wczesnopopołudniowej zupy. Niektórzy czytają, drzemią, inni grają w brydża, toczą się jakieś dziwne, często bezsensowne rozmowy. Marazm i odrętwienie dzień po dniu ogarnia nowe osoby. Około 18-tej znów wszyscy spotykają się w mesie, trochę ożywieni nadchodzącym posiłkiem, by po nim znowu pogrążyć się w odrętwieniu. Czasem ktoś popatrzy w kierunku zakrytej góry bezskutecznie wyglądając poprawy pogody. Lider po powrocie z jedynki stwierdził smutno: "pogoda identyczna z tą, którą mieliśmy w '87-ym". Wtedy siedzieli w bazie ponad 80 dni i niewiele z nich nadawało się na akcję górską. W efekcie, w brawurowym ataku, w ciągu kilku dni pogody, osiągnięto wysokość ponad 7200 metrów.
Zaraz przed zupą pojawili się nasi wschodni towarzysze. Zasiedli z nami do wspólnego stołu, ale miny mieli niewyraźne. Po skończonym posiłku zamknęli się z Krzyśkiem w mesie i odbyła się długa, burzliwa rozmowa. Każdy z nas domyślał się, o co chodzi, jednak czekaliśmy na oficjalne wieści. I doczekaliśmy się ich przy obiedzie... "Rosjanie" postanowili odejść. Niewątpliwym prowodyrem był Gia, on nakręcił całą sprawę. Pretekstem było to, że nie widzą szans na powodzenie wyprawy w obecnym składzie. Że jest zbyt niebezpiecznie i już bez szans na sukces. Że głównie oni pracowali, a my niewiele wnieśliśmy w atak. Denis jednak, który rzeczywiście najlepiej się spisywał podczas tej wyprawy i jest bardzo mocnym zawodnikiem, który miałby największe prawo do wysnuwania tego typu wniosków, stwierdził jednak, że w stosunku do wyprawy i lidera trzeba być lojalnym, że zostaje i będzie walczył do końca, mimo tego, że też już nie wierzy w sukces. Decyzje całej czwórki musiały zapaść ostatecznie podczas ich pobytu w bazie chińskiej. Zapewne dlatego Denis wrócił do bazy głównej sam, poróżniony z kolegami. Rozpoczęły się burzliwe telefony, zapewne do trenerów i przełożonych. Potem Denis straszliwie posmutniał i ostatecznie dowiedzieliśmy się, że cała czwórka wycofuje się z wyprawy. Nie chcieliśmy już wnikać, czy Denis dostał rozkaz z "góry", czy w końcu uległ presji swoich towarzyszy, którzy mu zarzucali nielojalność względem nich.
Lider bardzo to przeżywał i było widać, że jest to dla niego bardzo mocny cios. Legły w gruzach zapewne jego marzenia o szczycie. Mimo zapowiedzi dalszej walki stało się jasne, że nasze szanse na szczyt zmalały prawie do zera. Odchodziło czterech z jedenastu aktywnie działających wspinaczy, w tym dwóch najsilniejszych. Po krótkich naradach doszliśmy do wniosku, że Gia szukał tylko pretekstu do odwrotu i że wybrał najłatwiejsze dla niego rozwiązanie. Nigdy wcześniej nie wspominał o żadnych zarzutach, nie usiłował niczego zmieniać, mimo że lider jest otwarty na wszelkie propozycje. Ta decyzja klarowała się już dużo wcześniej, gdyż "Rosjanie" schodzili na dół, do bazy chińskiej, z dużą ilością osobistego sprzętu. Szkoda, że Gia pociągnął za sobą resztę. Dzięki niemu znaleźli się na wyprawie (przez niego Krzysiek ich zwerbował) i prawdopodobnie przez niego odchodzili.
Wszyscy na początku nadrabialiśmy minami, potem stawaliśmy się coraz bardziej przybici. Lider wpadł jeszcze na chwilę do mesy, pogawędził z nami i mocno przybity zamknął się w swoim namiocie. Rozmowy się przestały kleić i nawet przestaliśmy grać w brydża nie kończąc robra. W długiej już historii naszych rozgrywek zdarzyło się to pierwszy raz. Wypowiedzi na temat dzisiejszych decyzji ograniczyły się do stwierdzeń, że należy być lojalny, jeżeli się przyjmuje zaproszenie na taką wyprawę. I że czasem może warto wcześniej porozmawiać, a nie wyrzucić wszystko z siebie już po podjęciu ostatecznej decyzji o odwrocie. Jakby szukając pretekstu.
Dosyć wcześnie schowaliśmy się do naszych targanych wiatrem i śniegiem namiotów. Wygląda na to, że jutro znowu dzień w bazie.
28 styczeń 2003 (44)
Pół góry się odsłoniło. Całą noc wiało, nad ranem jednak zapadła cisza. W związku z tym do góry wyruszył cały support team, aby wnieść trochę lin i sprzętu i przespać się w jedynce.
Wczoraj Gia stwierdził, że kilku Polaków w bezpośredniej rozmowie z nim, także uznało bezsensowność wyprawy i postanowiło się wycofać. Nie wierzyliśmy w to, jednak ziarno niepokoju zostało zasiane. Podczas rozmowy po wieczornym posiłku, w której dowiedzieliśmy się o odwrocie, wyszło na jaw, że nie jest to żadna osoba przebywająca w bazie. Z bazy pośredniej Siekierka na zaskakujące wieści stwierdził lakonicznie: "trudno, damy sobie radę bez nich". Wbrew słowom Gii okazało się, że cała ekipa polska trzyma się razem i mimo znacznie osłabionego składu zamierza walczyć do końca.
Po śniadaniu nadeszły kolejne wieści. Podszedł do mnie Denis i stwierdził, że chciałby z Marcinem i ze mną ruszyć jutro do góry. Nie wierzyliśmy własnym uszom. Okazało się, że Denis wbrew Gii i swoim towarzyszom chce zostać i walczyć do końca. Chce być lojalny w stosunku do wyprawy, a poza tym zdaje sobie sprawę, że jest najlepszy i że jeżeli ktoś ma stanąć na szczycie K2, to właśnie on. Podczas wczorajszej rozmowy, w której odchodzący oznajmiali liderowi swój zamiar Denis stwierdził, że przyjeżdża się z wyprawą i wyjeżdża się z wyprawą. Zapewne też zrozumiał jak działa Gia, który dotychczas nawet nie wyszedł ponad jedynkę. Bardzo wszystkich decyzja Denisa ucieszyła. Zaraz w obozie rozległ się pełen jak zwykle energii głos lidera: "do roboty, choćby przekładać kamienie"
Po południu na dół, z wyładowanymi plecakami ostatecznie zeszli Gia i Ilias. Wasilij kręcił się jeszcze bardzo smutny po obozie i co pewien czas gdzieś dzwonił. Potem dowiedzieliśmy się, że on też opuszcza wyprawę, choć widocznym było, że ta decyzja nie przychodzi mu łatwo, albo, że została odgórnie narzucona. Większość bowiem alpinistów w krajach byłych republik ZSRR nadal działa w silnie scentralizowanych stowarzyszeniach. Trener decyduje o wszystkim, co robi zawodnik, który jeśli zawiedzie, nie dostosuje się do wymagań trenera, czy po prostu jest za słaby, może wylecieć z obiegu i już nie zostać nigdy wysłanym w góry wysokie. Chłopaki muszą walczyć, sprostać wymaganiom, ostro trenować i słuchać przełożonych. Denis i Wasilij na początku byli zdziwieni, że nikt nie rozkazuje, że jak ktoś nie chce iść do góry, to nie idzie. Poza tym okazało się, że Wasilij ma także bardzo poważne prywatne problemy.
Po odejściu zagranicznej dwójki Denis ściągnął dwie flagi z masztu. Zrobił to po cichu i dyskretnie, tak że prawe nie zauważyliśmy. Została białoczerwona flaga, która uczestniczyła w wyprawach Zawady oraz kazachska.
Zatem jutro, jeśli dopisze pogoda, ruszamy do góry: Denis, Marcin i ja, z zamiarem odbudowania dwójki i popracowania tam 2-3 dni. Obecnie w jedynce śpi Jawień i Bartek. Spełniły się ich marzenia o górskiej akcji i mimo ciężkiego, wietrznego dnia ich głosy przez radio były pełne zadowolenia. Już byli bardzo zmęczeni ciągłym kursowaniem pomiędzy bazą pośrednią, a główną
29 styczeń 2003 (45)
Góra odsłoniła się całkowicie pierwszy raz chyba od dwóch tygodni. Nawet słońce czasem przebiło się przez ciemny, gęsty pióropusz. A kiedy wyskoczyło ponad niego i wpadło do bazy od razu wszystkim humory się poprawiły. Mimo tego, że prognozy pogody, które dostajemy od pakistańskich przyjaciół, zapowiadały dwa dni wiatru (i odsłoniętej góry), a potem powrót dotychczasowej tragicznej pogody.
Jeszcze przed naszym wyjściem na górę pożegnaliśmy Waszkę. Schodził na dół ze łzami w oczach. Szkoda chłopaka. Potem w trójkę (Denis, Marcin i ja) wyszliśmy. Wiatr zacinał dosyć mocno na dole, w górze, o dziwo, słabiej. Mimo jakiegoś dziwnego osłabienia i znowu kłopotów z żołądkiem w pięć godzin dotarłem do jedynki. Zastałem Denisa i Marcina kończących przygotowywanie obiadu. W namiocie jest ciepło, miło i przytulnie. Od Bogdana dostaliśmy GPSa, w miarę dokładna wysokość jedynki to 6030 m. Jutro szykuje się długi, męczący dzień, wniesienie transportu do dwójki i jej odbudowanie. A wiatr targa jedynką. Zapewne jak wyjdziemy nad przełęcz Savoya to nami targnie...
Wieczór z Denisem upłynął bardzo sympatycznie. Pogadaliśmy sobie o rzeczach mniej i bardziej ważnych. Dowiedzieliśmy się o rozterkach w związku z zejściem Gii, o górskiej karierze, opowiadaliśmy o naszych kobietach, pracy. Wywiązała się bardzo sympatyczna, przyjacielska pogawędka.
|