Szedłem zamyślony wielką, ruchliwą ulicą. Nie chciałem widzieć ludzi, słyszeć warkotu silników. Skręciłem. Głosy cywilizacji powoli oddalały się. Znowu mogłem toczyć zażarte dysputy z moim umysłem. Miałem ciszę i spokój, których było mi potrzeba.
Nagle coś potrąciłem. Nie zważając na przeszkodę chciałem iść dalej, lecz czyjaś ręka chwyciła za moją nogę. Spojrzałem w dół i... zamarłem. Z przerażenia ?? Raczej z obrzydzenia. Sam nie wiem. Chuda, brudna, koścista dłoń obejmowała żelaznym uściskiem moją kostkę. Obok niej ujrzałem łysą czaszkę. Dalsza część ciała tonęła w brudnych, paskudnych łachmanach. Bezzębne usta krzywiły się do mnie w ironicznym uśmiechu.
- Puść staruchu- syknąłem- Bo kopnę...
Po jego twarzy przeleciał szyderczy grymas. Spojrzał głęboko w moje oczy. Zadrżałem. Było w nich morze cierpienia, żalu, nienawiści do ludzi.. Zionęły szyderstwem, niewiarą, pogardą.
Kopnąłem.
Uścisk zelżał. Staruch zaśmiał się cicho. Niesamowicie. Taki dźwięk wydają opętane zwierzęta w klatce.
Kopnąłem drugi raz. Staruch puścił.
Podniosłem oczy. Cała ulica pełna była ludzkich zewłoków. Żebracy różnej płci i wieku leżeli wzdłuż obdrapanych murów. Patrzyli z pogardą i nienawiścią. Ale ich kościste ręce wyciągały się po jałmużnę. Słyszałem posępne szepty. Pokazywali mnie palcami, nie taili swojego zainteresowania.
Wokół kalecy. Bez nóg, bez rąk, z paskudnie poharatanymi plecami. Pokazywali swoje rany. Poprzez łachmany prześwitywały chore ciała, pokryte ropiejącymi krostami. Kikuty dotykały mnie, poszczerbione usta błagały. Z brudnych bił okropny fetor. Otaczali mnie coraz ciaśniejszym pierścieniem.
Poczułem się niedobrze. Chciałem wymiotować. Chciałem uciec, zawrócić z tego przeklętego miejsca. Odwróciłem się. Cała ulica pełna była żebraków. Dziesiątki twarzy wykrzywionych w szyderczych grymasach, na chudych, wygłodzonych szyjach i korpusach. Nie mogłem pobiec przez ten tłum, a oni nie mieli zamiaru rozstąpić się. Pobiegłem dalej ulicą. Ścigał mnie głośny rechot, straszliwie wypaczony, szyderczy i zarazem obłąkańczy.
Uciekałem. Ogarniał mnie coraz większy strach, panika. Niczego już nie spostrzegałem, słyszałem już tylko mój krótki, urywany oddech i głośny stukot butów.
Coś miękkiego uderzyło mnie silnie w głowę. Upadłem. Słyszałem piskliwe głosy kobiet. Ktoś kłócił się zawzięcie. Czułem w ustach własną krew. Chyba rozwaliłem nos. Chciałem wstać. Czyjeś dłonie rzuciły mnie z powrotem na bruk. Przewróciłem się na plecy. Kilka kobiecych twarzy przybliżyło się, poczułem kwaśny odór. Otaczały mnie ordynarnie wyszminkowane usta, szeroko i niezdarnie poczernione brwi, poszczerbione zęby, zapadłe policzki. Widziałem jaskrawe bluzki, wiszące piersi, krótkie spódniczki obciśnięte na kościstych biodrach, chude, powykrzywiane nogi...
Ulicznice...
Każda śmiała się dziko. Patrzyła na mnie lubieżnym wzrokiem. Kobiece dłonie wędrowały po moim ciele, napuchnięte od chorób wargi całowały moją szyję, tors, nogi. Obrzydliwość. Zaczęło mnie mdlić. Spróbowałem wstać. Mój wysiłek został przyjęty chóralnym rechotem. Któraś rozpięła mi spodnie. Zwymiotowałem. Ktoś polał na mnie wodę. Wychudzona matrona usiadła na moich biodrach...
Otaczające mnie twarze zaczęły wirować dookoła. Czasem mignął pryszczaty nos, wybite oko, czy druciany kolczyk. Języki pełzały po wargach, usta ukazywały żółte, poszczerbione zęby.
Wokół tylko śmiech...
Orgia. Rozpasanie. Potworna dzikość...
Szyderstwo i pogarda.
Zęby, oczy, piersi, języki...
Obrzydliwa lubieżność.
Świat wiruje. Kamienice nachylają się nad ulicą, nad ciałami dziwek. Zdzierają z nich krzykliwe, nędzne stroje. Gwałcą...
Zemdlałem
Obudził mnie jakiś staruszek. Życzliwie targał za ramię. Uśmiechał się wesoło. Spojrzałem na niego nieprzytomnie
Nadal widziałem tylko otaczającą mnie obrzydliwość. Zerwałem się gwałtownie przewracając staruszka na ziemię. Uciekłem.
Biegłem aż do samego domu. Nie widziałem nikogo i nic poza ulicą wypełnioną pełzającymi obrzydliwościami.
Pod drzwiami znów wymiotowałem. Upadłem zemdlony na wycieraczkę.
Powrót na górę strony
|