|moja noc|  | ulica|  | wieczorem|  | najpiękniejsze...|  | fale|  | zatopiony w chmurach|
| drzewo zwane moim imieniem|  | trawa|
NAJPIĘKNIEJSZE SĄ CMENTARZE
   Szedłem wolno polną drogą ku zachodzącemu słońcu. Ku wsi, która była przede mną. Skryta za tumanem kurzu. Upał był niesamowity. Od kilku dni słońce wypalało ziemię, jakby to było jego celem, lecz dzień ów był chyba najgorętszy.
   Ziemia jęczała pod moimi ciężkimi butami, gdy wkraczałem między chałupy. Nikt nie siedział przed drzwiami, nie urzędował na podwórku...Nawet psy nie chciały szczekać. Strzechy były tak dziurawe, iż wątpiłem, że ktokolwiek pod nimi mieszka. Brakowało tylko upiornego skowytu otwieranych drzwi.
   Ale była cisza. Słońce krwawo zachodziło. Wioska tonęła w czerwieni i kurzu wzbijanym moimi podeszwami. Postanowiłem poszukać noclegu gdzieś w lesie. Atmosfera piaszczystej drogi, zakurzonych walących się chat, poprzekrzywianych płotów zupełnie mi nie odpowiadała.
   Wsadziłem ręce w kieszeń i pogwizdując sobie z cicha szedłem przed siebie. Sam. Coraz dalej od cichych spokojnych ludzi zamieszkujących ruiny które widziałem. (Kto wie, może wcale nie cichych i spokojnych?...)
   Coraz bliżej siebie.
   Minąłem tabliczkę z przekreśloną nazwą wsi. Minąłem długi zakręt .Zaraz za nim wyrastał wysoki, kamienny mur, za którym bujnie rosły drzewa. Koło mnie też było pełno drzew, ale jakichś innych. Te za murem wyglądały tak jakby chciały zapłakać. Jakby stały po to żeby ukazywać przechodniom żałość.
   Poszedłem wzdłuż muru. Wkrótce zszedłem z drogi i zagłębiłem się w stary, pachnący las.
   Znalazłem bramę. A raczej małą furtkę w murze. Żelazną. Zamkniętą na starą, zardzewiałą kłódkę. Pchnąłem leciutko owe wrota...I ustąpiły. Skobel pękł i furtka cichuteńko stanęła otworem.
   Nie zazgrzytała, jak to mają w zwyczaju stare furtki. Nawet nie pisnęła. Po prostu cichuteńko się otworzyła.
   Trafne określenie: "sama się otworzyła". Przez chwilę miałem wrażenie, że to furtka mnie zaprasza, a nie, że to ja ją otwieram. Z czystej ciekawości.
   Wszedłem w gościnne mury. Dookoła mnie stało mnóstwo drzew, a wśród nich rosły krzyże. Różne. Jedne drewniane, wyglądające całkiem świeżo, inne zbutwiałe, zwalone przekrzywione. Czasem zaczernił się metalowy Chrystus wygięty w agonii.
   Urzekło mnie to, co widziałem. Harmonia życia i śmierci. Tworzenia i niszczenia. Cmentarz, na którym się znajdowałem był pełen życia..., a jednocześnie pełen potęgi. Potęgi rządzącej całym światem.
   Wieś była martwa...
   Szedłem pomiędzy wymarłymi kolumnami pokrytymi zielenią, oglądałem krzyże zarośnięte mchem. Krzyże, które chciały mówić. Chciały krzyczeć całemu światu, że one też istnieje. Że nie można o nich zapominać.
   Robiło się coraz ciemniej. Usiadłem na ziemi, koło małego grobowca. Zrobiony był na kształt małej świątyńki. Z kolumienkami i potężnymi, mosiężnymi drzwiami. Kolumny zarosły mchem, jeden z rogów grobowca został rozsadzony zdradzieckim korzeniem.
   Położyłem plecak pod głowę i wpatrywałem się w gwiazdy. Migotały pomiędzy szemrzącymi liśćmi. Liśćmi, które śpiewały smutną pieśń o rozstaniu, łzach i pamięci.
   Poczułem delikatne szturchnięcie. Powoli odwróciłem głowę...i zamarłem. Tuż obok mnie stał wyniosły młodzieniec i uśmiechał się. Uśmiechał się wesoło. Za nim zaś siedziała rodzina. Rodzina? Bardzo liczna. Byli tam staruszkowie z siwymi włosami, poważni panowie w sile wieku, szkraby co ledwo pełzały, rozwrzeszczane dzieciaki.
   Nie zauważyłem jednak kobiet.
   Patrzyłem na dziecko, które płakało i wyraźnie wściekało się na coś. Na ojca, który próbował go uspokajać.
   Na rozbrykanego chłopaka, który hasał podpity między drzewami.
   A wszyscy ci ludzie: starzy, młodzi, w sile wieku, mieli na twarzach ów charakterystyczny uśmiech, jak na ustach młodziana. Młodziana, który mnie zaczepił, który pokazał mi widowisko, radość ludzi-nieludzi. Smutnych, a uśmiechniętych, patrzących z politowaniem na moją twarz.
   Patrzyłem na rysy tak podobne do moich. Radośniejsze jednak i bardziej ciche...Las szumiał, a postacie powoli rozpływały się w powietrzu.
   A wraz z nimi ginąłem ja. Część mnie uciekała bezpowrotnie w otchłań. Razem z pokoleniami ludzi-nieludzi.
   Razem ze mną.
   Jednak coś zyskałem. Zrozumiałem, kogo widziałem. Zrozumiałem jak wielkie brzemię potrafiłem zrzucić.
   Zasnąłem głęboko, zdrowo...Tak śpią tylko szczęśliwi.
   Najpiękniejsze są cmentarze...
  
   11.08.96

Powrót na górę strony
jesteś w >>>główna/opowiadania/najpiękniejsze...
 
Piotr Morawski 2003 --> ostatnia zmiana: 19.04.2007