Siedziałem zapatrzony w zamglone klify. Jakieś dwieście metrów pode mną szumiało morze. Czasem zachrzęściły czyjeś kroki. Anonimowa postać przystawała na moment, zatopiona jeszcze w minionych minutach wypełnionych zapachem drze i bladym kurzem drogi. Patrzyła na mnie niewidzącymi oczami, kolejne chwile wypełniała szumem fal i orzeźwiającym chłodem morza, odsuwała je i odpływała w swoją drogę. Ku końcowi. Cały czas w pamięci zachowując sponiewierane, okaleczone wspomnienia, które ginęły w mrokach początku. Właściwie powinienem stwierdzić: POCZĄTKU, zaznaczyć doniosłość chwili, w której rozpoczyna się mniej lub bardziej ważny ciąg wydarzeń. W ten sam sposób, wielkimi, doniosłymi słowami, powinienem mówić o wszechogarniającym KOŃCU...
Tymczasem ludzie przychodzili, ptaki zataczały radosne koła nad krzyczącymi falami. Białe bałwany słały swój gromki krzyk ku niebu, protest przeciwko przeciw potężnemu i zachłannemu morzu. Żywiołowi, który zagarniał skały, zatapiał lasy, atakował wzgórza i nadal głodny pożerał własne dzieci. Nieświadome swej nieśmiertelności fale zalewały świat swoim szumiącym protestem. Z żalem i wściekłością wgryzały się w rzeczywistość, by zniknąć w otchłani. Mijało kilka chwil, niewiele... tyle ile zajmuje skinienie boskiego palca... Fale zdziwione, radośnie rozśpiewane odradzały się w środku morza. Wzbijały się bielą, groziły niebu pokazując swą siłę, a potem z krzykiem gnały ku domniemanemu końcowi.
Ptaki słuchały wybuchów radości i jęków protestu z lekkim pobłażaniem. Krążyły nad skałami, nad morzem i nade mną. Wolne, ciche, zamyślone... Pierwszy raz w życiu widziałem tak ciche stworzenia, tak łagodne i niesamowite w swym spokoju. Może to nie ptaki krążą nade mną... może to Bóg zesłał swoje myśli, by na moment pobuszowały wśród marzeń?
Lekka mgła przysłoniła horyzont. Powoli zagarniała coraz większe połacie morza, gryzła potężne ściany... aż w końcu przyszła do mnie. Otuliła swoim wilgotnym płaszczem, oślepiła ciepłymi ramionami. Świat przycichł, ptaki znikły w mdłej bieli. Albo odleciały ku swojej rzeczywistości lub marzeniom. Nie odeszły tak jak ludzie, którzy czasem z chrzęstem pojawiali się nad brzegiem morza. Coś w powietrzu szeptało ich słowami, cichą mową szczęścia i pełnymi spokoju uderzeniami skrzydeł, które niosły wiotkie ciała wśród krzyków, żali, łez i radosnych uśmiechów.
Mgła przeniknęła przez moje zdrętwiałe ciało. Zagarnęła myśli, przysłoniła duszę. Po czym, równie nagle jak się pojawiła, odeszła. A właściwie znikła. Jeszcze przez chwilę widziałem delikatne, białe smugi na tle błękitnego i czystego nieba. Moich ptaków nie było. Ludzie nie nadchodzili. Wstałem lekko otumaniony i poszedłem wzdłuż wybrzeża. Nie po to, by gdzieś dojść. W moim świecie przyszedłem znikąd, zmierzałem tam gdzie niosły mnie nieświadome swej władzy kroki. Co pewien czas siadałem na wysokim brzegu, wśród skarżących się fal i wyniosłych skał. A nade mną krążyły ciche, białe ptaki... nadchodziła mgła...
|