|
Powoli zapada zmierzch. Idę sobie spokojnie środkiem niewielkiej ulicy. Wzdłuż niej wyrastają ciemne mury tysięcy mieszkań. Coraz więcej świateł wypływa na asfalt, coraz więcej cieni tańczy pod latarniami. Pod sznurem monotonnych kształtów samochodów, szare ciężkie płyty szczelnie przykrywają czarną ziemię. Przystaję na chwilę i czuję jak pod moimi stopami, pomiędzy pełnymi ziarnami gleby, kiełkują małe nasiona. Co chwila któreś pęka z radosnym, cichym uśmiechem i wypuszcza zielone pędy. Czerń drzemiąca pod moimi stopami otwiera powoli oczy, wybucha coraz głośniejszym śmiechem. Jak zielone, młode trawy szukają swojej drogi pomiędzy płytami. Ruszam, a moje kroki stają się przedziwnie miękkie. Zdumione koty patrzą na mnie z niedowierzaniem a w ich ciekawych ślepiach błyszczy jasny księżyc. Cichy krzyk wypełnia powietrze, wypływa ze szczelin, pnie się wzdłuż murów, omija rozpalone okna, skacze z dachów w ciemne rozgwieżdżone niebo. Napływają mocne dźwięki, falami zalewają przestrzeń. Pękają płyty chodnikowe, latarnie przygasają, przestraszone kołyszą się na boki. Długie zielone pnącza przyduszają samochody, młoda zieleń zewsząd wypełza, zakrywa wszystko dookoła swoją miękkością i soczystością. Jeszcze ostre kształty ulicy walczą, jeszcze okna mrużą się błagalnie. Ogarnia mnie ciepła niemoc. Siadam na delikatnej trawie, słyszę jej namiętny, pociągający szept. Otula moje stopy, pnie się po udach, pełznie po brzuchu... dociera do ramion. Czuję jej dotyk na drżącej szyi. Drapie delikatnie za uszami, wplątuje się we włosy... Soczysta zieleń wypełnia usta, Ciepły, spokojny zapach zniewala zmysły. Mózg nagle uspokojony zaczyna śpiewać wraz z źdźbłami silną pieśń, serce wiruje... a krew wypływa szerokim strumieniem, opuszcza ciemne żyły i wsiąka w czarną ziemię. Świeża rosa skrapla się wewnątrz mojego ciała, błyszczy radośnie w objęciach duszy. Delikatnym pocałunkiem wypełnia rozedrgane komórki, zagarnia wszystkie członki.
Zawieszony w słodkiej przestrzeni, na dziwnej łące, gawędzę z roziskrzonymi gwiazdami. Zatopiony w myślach i marzeniach przeobrażam się w ziarno wielkiego drzewa. Strzelam ku górze gorącym pniem, przywołuję siłą rodzących się liści wszechwładne słońce. Nadpływa znad horyzontu odsłaniając światu potężne, roześmiane drzewo. Wsłuchuję się w pieśń rozedrganych liści. A one chłoną rozpalone promienie wiosennego słońca, szeleszczą nieskromnie ogłaszając światu swoją potęgę. Słońce otula mnie swoimi ciemnymi oczami, głaszcze delikatnym, doprowadzającym do szału głosem. Każda, najmniejsza nawet moja gałązka drży z niecierpliwości i rozkoszy. Każdy uśmiech rozświetlonych promieni wywołuje falę radości. Tak... wiem, że będę zawsze pamiętał gorące strumienia światła oblewające zieleń dookoła, zieleń zrodzoną ze mnie i tą, której jestem częścią. Będę patrzył z tęsknotą wieczorem jak moje słońce odchodzi powoli za horyzont, i będę wyciągał w rozpaczy każdy listek by spijać ostatnią słodycz. A potem nadejdzie chłodny wieczór i z zimna noc. Przybędą koty, będą wpatrywać się we mnie swoimi łzawymi oczami, biegać po rozłożystych, posępnych konarach chełpiąc się swoją wolnością. Moje korzenie rwać będą ziemie, by wyruszyć na poszukiwania, dusza zawyje zawiedziona. Lecz kiedy koty zaczną odchodzić, pierwsze promienie wracającego słońca lizną zapłakane liście, wypełnią radością każdy żywy zakątek, aż po same korzenie. Znów zatopimy się w sobie, jasna tarcza i wielkie drzewo, czerpiąc ponownie pełnymi garściami swoje dusze. Zapomnę o wieczorze wypełnionym smutkiem i niepokojem.
Nadejdzie też ten moment, gdy oddam rozpłomienioną rosę czarnej ziemi, odbiorę czerwoną, tętniąca krew i pójdę dalej szarą ulicą pełną wyszczerzonych okien i kwadratowych cieni samochodów. Lecz dusza zawsze pragnąc będzie słodkich pocałunków promieni i gorącego uśmiechu słońca, które tak obłędnie wypełniały każdą tkankę wielkiego drzewa. Drzewa zwanego moim imieniem...
3.02.2002
|