|
Kiedyś kładłem się na trawie. Była bujna, soczyście zielona i taka miękka, że aż zapraszała do spoczęcia na niej. Nie bała się, że zostanie zgnieciona. O nie! Ona lubiła przyjmować na swoje łono znużonych wędrowców. Takim znużonym wędrowcem byłem ja. Odrzucałem plecak daleko od siebie, kładłem się na plecach i patrzyłem w niebo.
Dłońmi zagarniałem zieloną miękkość pieszcząc ją delikatnie. A nade mną leciały białe chmury. Patrzyłem urzeczony na białe bałwany, postrzępione, samotne lub w gromadkach. Nigdy jednak nie widziałem nic innego poza pierzastymi chmurami...
One mi wystarczały. Przesuwały się powoli po niebie. Czasem gnały na złamanie karku gonione przez większych, groźniejszych pobratymców.
Wdychałem woń rosnącej trawy. Upajała moje zmysły, zagarniała miękkim dywanem moje ciało.
Czas zaczął szybciej płynąć. Coraz rzadziej przychodziłem powpatrywać się w niebiesko-białe obrazy. A może to pogoda była za brzydka by móc je oglądać?
Niedawno poszedłem znów. Rzuciłem plecak z dala od siebie i usiadłem na twardej, niekoszonej trawie. Była ostra i nieprzyjemna. Chmury postrzępiły się i nastroszone sunęły nie patrząc już na mnie, nie przesyłając radosnych pozdrowień.
To nie była już moja trawa.
To nie było już moje niebo.
|