| |
NANGA PARBAT 2007 - JAK GŁODNE PSY czyli Alpinus Nanga Parbat Expedition
|
|
[na szczycie]
[jak głodne psy]
[nadal głodni]
|
|
Na szczycie
|
|
Noc mroźna. Przed północą sypie śnieg, a wiatr nie ustaje. Chyba znowu nie wyjdziemy. Nawet już nic nie mówimy. O pierwszej wiatr trochę cichnie. Zapala się iskierka nadziei. Krótką przerwę w śniegu i wietrze przyjmujemy jako poprawę pogody. Zgodnie. Ubieramy się, woda już bulgoce w garnku.
Ale zimno. Nawet w namiocie, w którym jest zazwyczaj ciepło. Jemy obiecaną kiełbasę i resztki sera. Coś słodkiego. Strącamy szron ze ścian namiotu. Pakuję zmrożoną kurtkę do plecaka. Radio. Czołówkę. I kilka innych drobiazgów. Na koniec butelkę ciepłej wody z czymśtam. Wychodzę w mroźną noc. Ciemną. Choć gwiazdy są na niebie.. W świetle czołówek zakładamy raki, zapinamy oporny, zmrożony suwak namiotu i ruszamy w ciemność.
Peter prowadzi. Toruje ze zgaszoną czołówką tak, by było widać ścianę. Potem zmiana. Wyłączam czołówkę. Przede mną czarny śnieg. I czarna plama na ciemnoszarym, prawie czarnym tle nieba. Tam trzeba iść. Wiatr, mróz i głęboki śnieg wysysają siły.
Chmury są niedaleko nas. Pod nami. Powoli świta. W szarych, posępnych kłębach zaczynają błyskać pioruny. Przygnębiający spektakl. Nie piękny. Toruję. Nie dopuszczam myśli o burzy. Wchodzimy powoli w ścianę. Stromiej. Śnieg nieprzyjemny, zlodowaciały. Trochę mniej torowania. Jeszcze gdzieniegdzie widać nasze ślady z poprzedniej próby. Budzi się ciężki dzień. Wiatr nie daje wytchnienia. Mrozi. Wychładza. Nie czuję już nosa i wart. Nogi pieką. Żeby nie odmrozić palców! Wtulony w kaptur, owinięty czapką, wlokę się krok w krok za Peterem. Staram się nie myśleć o zimnie. O szczycie. O tym obozie czwartym, co widnieje w dole. Do którego tak niedaleko. W którym jest ciepły namiot.
Podchodzimy do miejsca, w którym zakończyliśmy ostatnio. Jest już widno. Śnieg nieprzyjemny. Mokry, ciężki, na warstwie lodu. Lawiniasty. W niektórych miejscach tak głęboki, że ledwie torujemy. Na szczęście siły są. Coraz mniej myślę. O wietrze, o torowaniu, o zmarzniętych nogach. Kiedy odpoczywam kopię nogami w śniegu. Albo nimi wymachuję. By jak najwięcej krwi krążyło w zmarzniętych palcach. Nie patrzę na świt. Na chmury pod nami. Jest skała, śnieg, wiatr. Kuluar, który nie ma końca. Małe pole śnieżne, które ledwie przechodzimy. Kopiemy w śniegu po piersi. Stoimy w miejscu. Nie ma zrezygnowania. Szczyt jest już zbyt blisko. Ale ogarnia przygnębienie. Tak wolno idziemy. Wtłaczam sobie w głowę, że przecież mamy cały dzień. Nie przyspieszymy. Metr za metrem do góry. Pełzniemy.
Kuluar, który wychodzi wprost na grań szczytową. W stopy jakby cieplej. Albo mi się wydaje. Śnieg mokry. Nie ustępuje. Widać już wierzchołek. Zostało niecałe 200 metrów. Nie patrzeć na zegarek! By nie widzieć upływu czasu. Powoli, krok za krokiem. Odwalamy swoją robotę.
Nagle czuję jak stok usuwa mi się spod nóg. Patrzę do góry. Przerażone oczy Petera. Stoi. Spod jego nóg sunie ława śniegu. Wyrywa mi ręce i nogi ze zbocza. Błysk w głowie. Lawina! Rozpaczliwie wbijam czekany jak najgłębiej. Kopię nogami. Opór. Jedna ręka zatrzymuje się. Potem druga. Masa śniegu zjeżdża między nogami. W panice patrzę na dół. Gdzie Dodo? Trochę z boku, ale jest. Ufff... próbuję uspokoić oddech. Nie wiem, jak, ale udało się nie zjechać. Serce wali. Siedzimy przytuleni do zbocza i patrzymy pod siebie. Bez słowa. Nic nie trzeba mówić.
Wiatr się wzmaga. Blisko przełęczy. Jeszcze końcówka kuluaru. Wyjeżdża kolejna deska. Mniejsza. Bardziej spodziewana. Chwilę później uciekamy w skały. Zapomniałem o palcach. Nadal potwornie zimno. Jest przełęcz. Łzy w oczach. Po lewej wierzchołek północny. Teraz patrzę dopiero jak pięknie. Wiatr dmie, twarz zmrożona, chmury pod nami. Ciepło w sercu. Do szczytu jeszcze daleko. Oczywiście jest na końcu grani. Ale teren łatwy. Drepczemy. Powoli. Hamowani przez waitr. Zimno. Przed nami, na tle nieba, ostatnie kamienie. I szabla śnieżna między nie wetknięta.
Aparat mi zamarza. Tylko kilka zdjęć. Ledwie stoimy. Ściągam rękawice i palce od razu drętwieją. Kładziemy ręce na rękach. Trzy pary. W geście jedności. Kilka słów. Jest pięknie. Pod nami wszystko. Gdzieś daleko, na horyzoncie, wystają spod chmury szczyty. Nisko. Morze szczytów. Patrzę na zegarek, 13:38. Zgarniam do ręki kilka kamieni i chowam je do kieszeni.
|
|
Jak głodne psy
|
|
Ale może od początku: Projekt powstał już w zeszłym roku. Schodziliśmy z Peterem Hamorem po ostatniej części Tryptyku Himalajskiego, czyli po Broad Peaku. I oczywiście zaczęliśmy snuć plany na przyszłość. Wiedzieliśmy, że chcemy robić nową drogę w małym zespole. Wybór padł na zachodnią ścianę K2. Kilka miesięcy później, podczas festiwalu w Krakowie podszedł do mnie Dodo i spytał, czy może z nami jechać. Też pytanie! Mieliśmy trzeciego zawodnika. Powstał problem, gdzie się zaaklimatyzować. Po krótkiej decyzji zdecydowaliśmy się na Nangę Parbat, na drogę Kinshofera. Jest to droga "normalna" na wysokiej na ponad 3500 metrów ścianie Diamir. Na K2 chcieliśmy jechać tylko we trzech, w małym zespole. Na Nangę dołączyła do nas Kinga Baranowska z Robertem Rojo, zwanym Gorrim oraz Martin Gablik z Antonem Suchym i Rudolfem Bosjakiem. Trzy zespoły i jedna z najpiękniejszych gór świata.
W ramach treningu i eksperymentu do bazy pod Nangą udałem się na rowerze. W miarę podchodzenia do góry coraz rzadziej na nim jechał, a coraz częściej niosłem na plecach. Nie mogłem uwolnić się od myśli o zjeździe. Przyjmowałem zatem ze spokojem męczarnie targania ciężkiego roweru do góry. Zjazd miał mi to wynagrodzić. Podczas jednego z pierwszych dni udało mi się złamać przerzutkę po pechowym wjeździe między 2 kamienie. Nie poddawałem się jednak i po złączeniu łańcucha na sztywno ruszyłem dalej do góry. Wieczorem robiliśmy zdjęcia skoków na rowerze. Podczas lądowania noga ześlizgnęła mi się z pedała i mocno ją poharatałem. Na szczęście Gori mi ją opatrzył i mogłem dalej iść. Za to rzeczywiście zjazd był piękny. Gnałem łąkami, wąskimi górskimi ścieżkami, przez pakistańskie wioski i pomiędzy stadami owiec i kóz. Ale to już zupełnie inna historia.
W bazie oprócz nas działały jeszcze 4 wyprawy: dwie chilijskie, jedna białoruska i dwóch Francuzów. Chilijczycy mieli już obóz drugi. Nie marnując czasu wbiliśmy się w drogę dzień po tym, jak dotarliśmy do bazy. Złożyliśmy depozyt na 5800 i zeszliśmy na odpoczynek. Przy następnym wyjściu nie daliśmy za wygraną. Z Peterem i Dodem dotarliśmy do obozu trzeciego i postawiliśmy nasz namiot na wysokości 7000 metrów. Śnieg był głęboki i nieprzyjemny. Jednak nasz zespół działał jak maszyna i we trzech torowanie nie było aż takie męczące. Po dniu odpoczynku ruszyliśmy w kierunku szczytu. Mieliśmy nadzieję, że wyżej śnieg jest lepszy. Niestety. Mieliśmy przed sobą ponad 1100 metrów w pionie, pominęliśmy zwyczajowo zakładaną czwórkę, a droga do szczytu wiodła przez wielkie plateau. I to plateau nas zatrzymało. Torowanie wyssało z nas wszystkie siły. Na 7500 metrów zawróciliśmy. To był męczący wypad. Oprócz śniegu we znaki dawała nam się niepełna aklimatyzacja. Byliśmy raptem dwa tygodnie od wylądowania w Islamabadzie. Rzuciliśmy się na Nangę jak wygłodniałe psy. A teraz trzeba było zawracać.
|
|
Nadal głodni, ale rozważniejsi
|
|
Dwa dni w bazie i mimo nieprzyjaznej prognozy gnamy znowu do góry. Tym razem zakładamy obóz czwarty na wysokości 7400 metrów. Chcemy atakować wierzchołek, ale przychodzi załamanie pogody. Kolejne dwa dni siedzimy w namiocie wsłuchując się w padający śnieg. Mamy niewiele jedzenia. Prognoza cały czas taka sama. Decydujemy się na atak. 15 lipca ruszamy w nocy do góry. Wieje mroźny wiatr. Świeży śnieg wymaga podwójnego wysiłku przy torowaniu. Mimo tego napieramy. 200 metrów pod wierzchołkiem spod naszych nóg spada lawina. Na szczęście nas nie porwała. Wierzchołek jest zbyt blisko by wracać. Zresztą niebezpieczny teren kończy się i wchodzimy na skalną grań. Czuję jak powoli zamarzają mi nogi. Klnę pod nosem, że przy takim wietrze jednak wyszliśmy z namiotu. Ale klnę bez przekonania. Wierzchołek jest blisko. Dopiero około 13 jesteśmy na szczycie. Nie da się na nim usiedzieć więcej niż kilka minut. Aparat zamarza mi w dłoniach. Raptem po dwóch zdjęciach. Widzę radość w oczach Doda i satysfakcję Petera. Daliśmy radę. A teraz na dół i pod K2! Nie mogło by być trochę cieplej?
Dwa dni później wiatr ucicha. Do szczytu ruszają obie wyprawy chilijskie i reszta naszej ekipy. Tego dnia na wierzchołku staje 9 osób! Wśród nich reszta naszej wyprawy: Kinga, Gori, Martin i Anton. Niestety, chory Rudi został w bazie i jest jedyną osobą z naszej ośmioosobowej ekipy, która nie miała szczęścia.
Nie posiadam się z radości. Dla mnie to wyprawa szczególna. Pierwsza, którą organizowałem i którą w całości wymyśliliśmy z Peterem. Oczywiście nic by się nie odbyło bez pomocy naszych sponsorów. Chciałbym tutaj podziękować firmie Alpinus, głównemu sponsorowi wyprawy i mojemu patronowi, firmie Lion drugiemu sponsorowi, dzięki któremu mogłem zapiąć budżet na K2, oraz firmom: Grivel, Duncon, Energizer, Julbo, Nikon.
|
jesteś w >>>główna/reportaże/Nanga Parbat 2007 |
|