| |
SANKTUARIUM MARZEŃ czyli
mBank Lotto Annapurna South Face Expedition oczami autora, część II
|
|
[droga przez barierę]
[przed atakiem...]
["damy radę, co?"]
[dogory!]
[na szczyt]
[epilog]
|
|
Droga przez barierę
|
|
Początkowo najbardziej obawiamy się drogi przez barierę seraków. Potężny, ponad stumetrowej wysokości wał potrzaskanych, gigantycznych brył lodu na wysokości około 6800. W zeszłym roku wyprawa szła trawersem pod przewieszonymi, grożącymi upadkiem serakami... by znaleźć miejsce na dwójkę w szczelinie. Niestety namioty w szczelinie cały czas zasypywały lawiny pyłowe i wypoczynek w niej był problematyczny. Zatem w tym roku znalezienie bezpiecznej drogi do komfortowej dwójki wydaje nam się jednym z najważniejszych problemów. Nawet kluczowe trudności powyżej 7100 nie napawają nas taką obawą, jak to czy w obozie drugim będziemy w stanie wypocząć. I czy droga do niego nas nie zamęczy.
Na początku maja wyruszamy z Piotrem na poręczowanie. Mamy jakieś 400 metrów lin. Oraz, o dziwo, dobrą pogodę. Idę prosto do góry, nie kombinując z obchodzącymi wał seraków trawersami. W bazie przeanalizowaliśmy wiele zdjęć ściany i wyglądało na to, że przejście „na wprost” uda się znaleźć. Ten dzień zadziwia nas swoją przychylnością. Już wczesnym popołudniem przebijam się przez barierę i nagle znajduję się na potężnym plateau. Jakieś sto metrów nade mną jest idealne miejsce na obóz drugi! Osłonięte lodową ścianą od wiatru i lawin pyłowych. Aż zawyłem ze szczęścia do radia. Odpowiada mi uradowany głos Piotra. Zaraz potem dołączają do nas radosne głosy z bazy. Droga do góry stoi otworem. Przynajmniej tak nam się wydaje...
|
|
Przed atakiem
|
|
Po założeniu dwójki schodzimy do bazy, żeby odpocząć przed atakiem szczytowym. To już połowa maja, a góra nie odpuszcza. Siły fizyczne i psychiczne powoli, ale nieubłaganie kończą się. Przed ostatnim wyjściem do góry Jagat odprawia kolejną pudżę. On też liczy na to, że wejdziemy. Jest uważany za kucharza, którego należy zabierać na wyprawy, bo przynosi szczęście.
Droga powyżej dwójki, aż do kluczowych trudności jest już zaporęczowana. Teraz czeka nas przejście przez osławioną ściankę o ponad stumetrowej wysokości. Nad nią powinno być gdzieś miejsce na mały namiot obozu trzeciego. Z którego chcemy zaatakować szczyt.
|
|
"Damy radę, co?", czyli wspomnienia z pamiętnika
|
|
13 maja (51 dzień wyprawy)
"Damy radę, co?" - półsennie mówię do Piotra - "Jasne" - słyszę z głębi śpiwora. Tak mija piątek trzynastego. Długi dzień. Słońce pali do południa. I to tak, że czuję swąd przypalanych spodni goretexowych, które mam na sobie. Ciężki początek dnia. W takim upale człowiek ma wrażenie, że każdy ruch wymaga wielkiego wysiłku. Potem przychodzą niosące ulgę chmury. Mijam Szerpów i już w swoim tempie pokonuje kolejne poręczówki. Zaczyna sypać. Schodzą pierwsze lawiny pyłowe. Cóż, dzień jak co dzień. Mijam seraki i już widzę namioty dwójki. "Szybko dzisiaj poszło" - myślę. Powoli toruję w nieprzyzwoicie głębokim śniegu. Nagle staje na brzegu szczeliny głębokiej na kilkadziesiąt metrów. Otworzyła się w ostatnich dniach. Robi wrażenie. Szczególnie, że musze ją obejść. Ostatnie sto metrów do dwójki to w miarę płaskie pole. Nie dość, że zasypywane śniegiem, to jeszcze miękkimi pyłówkami ze skał powyżej pola. Brnę ponad godzinę, aż w końcu znajduję obejście.
Namioty w dwójce leżą zasypane prawie w całości. Przekrzywione niebezpiecznie, jakby się miały zaraz zawalić. Cały czas sypie, wieje zimny wiatr. Cóż robić? Zrzucam ciężki wór i chwytam za łopatę. Po półtorej godzinie, kiedy przychodzą Szerpowie i Marcin, dwójka jest prawie całkowicie odśnieżona. Słońce chowa się za górami i ściska nieprzyjemny mróz. Dokuczliwy. Niemiłosiernie marzną palce u rak i nóg. Wpełzamy z Piotrem do namiotu.
Wieczorem narada. Najlepiej by było zrobić sobie dzień przerwy. Ale prognozy pogody mówią o nasilającym się wietrze. Nie ma rady, trzeba napierać bez wypoczynku. Może jutro rano uda nam się wysuszyć rękawice, buty i całą resztę, która zamokła podczas dzisiejszego dnia. Nawang zszedł do ABC, a my zaatakujemy w czwórkę. Z Ritą zamiast Vlada, który wycofał się wcześniej z akcji. Kończę gotowanie i kładziemy się do śpiworów. Tak mija piątek trzynastego. "Damy radę, co?".
|
|
Do góry!
|
|
Jednak odpoczywamy. Do góry ruszamy dopiero piętnastego. Noc była potwornie mroźna. Rano okazuje się, że przyszedł z dawna zapowiadany wiatr. Już nawet słońce nie jest w stanie nas rozgrzać. Jednak idziemy do góry. Obładowani jak muły. Mamy namiot na obóz trzeci, jedzenie, śpiwory, ubrania...
Dochodzę do końca poręczówek. Przede mną nieprzyjemny trawers. Nade mną białe, powywieszane w wielu momentach skały. Dochodzi do mnie Piotr. Wymarzłem czekając na stanowisku, a wiem, że to dopiero początek dnia. 150 metrów niżej widzę Marcina i Ritę. Wszystko na razie idzie po naszej myśli. Po nieprzyjemnym trawersie jako pierwszy dochodzi do mnie Rita. Asekuruje mnie jak wbijam się w trudności. Pogoda psuje się kompletnie. Pada znajomy nam, drobny, ale gęsty i dokuczliwy śnieg. Wiatr wychładza. Czasem widzę koło siebie stare poręczówki. Pochłonięty wspinaniem nie zauważam końca liny. W międzyczasie dostaję kilkoma lawinami pyłowymi. Teraz już nie robi to na mnie wrażenia. Jest niesamowicie. Piękna wspinaczka na niesamowitej drodze. Dookoła mnie chmury i mgła. Wiem, że jestem w jednym z najpiękniejszych miejsc świata. Pode mną dwa kilometry „lufy”. Czuję się niesamowicie. Zakładam stanowisko i patrzę z niedowierzaniem do góry. Miało być pięćdziesiąt metrów, a jest conajmniej sto. Nie martwi mnie to, mimo że czas ucieka. Kolejna partia sytego wspinania. Tym razem dobija do mnie Piotr i ruszam wymarznięty czekaniem do góry. Nagle zawisam w powietrzu. Plecak przeciążył mnie na przewieszce. Zaczepiam dziabę o jakąś krawądkę, nogi rozstawiam szeroko. Plecak znowu mnie ciągnie w dół. Widzę kolejną rysę, w którą ostrożnie ładuję końcówkę ostrza drugiej dziaby. Powoli wychodzę do góry na odmawiających posłuszeństwa nogach. Czuję jak ręce pękają mi z wysiłku. Serce zaczyna szaleć, oddech przyspiesza. Słyszę zgrzyt osuwającego się raka i znowu wiszę...
Kolejne 50 metrów to walka z przewieszkami i gładkimi, nieprzyjemnymi do prowadzenia ściankami. Niestety ławy zostawiliśmy w jedynce. W końcu docieram do stanowiska. Powyżej mnie jest już łatwiej. Wołam do radia, że można iść. Opadam zmęczony, zadyszany na śnieg. Wyszedłem z trudności i wiatr mnie wziął w obroty. Zakładam wszystkie zapasowe ciuchy, ale to nie pomaga. Na stanowisku czekam trzy godziny, aż pierwszy z chłopaków do mnie dojdzie i będę mógł znowu pójść do góry. Przewieszki nie puszczają tak łatwo obładowanych ciężkimi plecakami ludzi. Jest już ciemno... Ile to razy w Tatrach marzłem godzinami na stanowisku. Marzyłem wtedy, by być w Himalajach...
Mimo ciemności decydujemy się szukać platformy. Zziębnięty na kość ochoczo ruszam do góry. Jak najszybciej, by chociaż na chwilę rozgrzać zmarznięte członki. Po kilku metrach już wiem, że nie będzie łatwo. Śnieg jest sypki, głęboki i nie chce puścić. Najpierw ręką zgarniam wierzchnią warstwę, potem poprawiam dziurę kolanem. Wstawiam nogę, która zapada się cała. Stok jest stromy i wisi nade mną groźba zjechania z lawiną w przepaść. Dobrze, że jest ciemno i nic nie widać. Krok do góry. Zjeżdżam prawie w poprzednie miejsce. Kolejny krok. Znowu zjazd. Wymęczony napieram dosłownie centymetr po centymetrze. Po niewyobrażalnie długim czasie kładę pięćdziesiąt metrów. Dowiązują drugą poręczówkę. W świetle księżyca widzę, że do potencjalnej platformy jeszcze daleko. Kiedy to wszystko się skończy... W końcu rezygnuję. Plecak, 100 metrów podwieszonej poręczówki, cały dzień wspinania i mróz zrobiły swoje. Zaczynamy zjeżdżać do dwójki.
|
|
Następne wyjście musi być na szczyt!
|
|
Kolejny dzień w dwójce. Odpoczywamy przed wyjściem do góry. Na szczęście namiot i pozostałe liny wyniesione są już do końca trudności na 7300. Powyżej trójki jest podobno jeszcze 200 metrów kuluaru, który może być trudny. Snujemy z Piotrem plany, jak najlepiej rozegrać całą partię do końca. Mamy jeszcze jedną szansę. Na szczęście prognozy pogody się nie sprawdzają i nie nadchodzą burze i załamanie pogody. Zasypiamy z poczuciem, że jednak się uda.
Ranek przychodzi niespodziewanie. Ledwie jesteśmy w stanie się obudzić. Zmęczone nogi i ręce świadczą o pracowitych dniach. Wstajemy, ubieramy się, a w sąsiednim namiocie cisza. Dopiero po jakimś czasie odzywa się Marcin zmęczonym głosem. Komunikuje nam, że jednak schodzi na dół. Rita po 10 minutach także się wycofuje. Przez moment zastanawiamy się co z tym fantem zrobić. Czy damy radę tylko we dwóch? Prosimy Ritę, by został w odwodzie. Musimy mieć kogoś w dwójce. Kogoś, kto w razie czego przyjdzie nam z pomocą. Przepakowujemy się. Zostawiamy połowę jedzenia, które było zapakowane na cztery osoby. Wywalamy jakieś dodatkowe ubrania, bo trzeba się odciążyć. W górze czekają liny i namiot, które trzeba wynieść jeszcze wyżej. Kawał pracy dla jednego zespołu. Z godzinnym opóźnieniem ruszamy do góry.
Mknę uskrzydlony wizją szczytu. Pogoda wydaje się nam sprzyjać. Mroźny wiatr co prawda nie ustał, ale nie niebie chmur jest niewiele. Wiszę już na pierwszej przewieszce. To tutaj latałem dwa dni wcześniej. Nagle przez radio odzywa się Piotr smutnym i wyczerpanym głosem. Jest tak zmęczony, że nie jest w stanie już wyżej iść. Mimo, że rano czuł się dobrze. Dał z siebie podczas całej wyprawy totalnie wszystko. Kilkadziesiąt dni pracy zrobiło swoje i właśnie dzisiaj przyszedł ten dzień... Zapada decyzja o odwrocie. Ciężko mi się z nią pogodzić. Czuję się wyśmienicie, choć nie wiem, czy na tyle, by samemu dać radę wejść na szczyt. Jak się potem okazuje decyzja była słuszna. Zapowiadana burza przyszła dzień później... Niespodziewanie kończy się najważniejszy, kluczowy dzień całej wyprawy. Kiedy schodzimy do bazy żegnają nas pioruny i grad. Annapurna nie uśmiechnęła się do samego końca...
|
|
Epilog
|
|
Już na zejściu odzyskuję humor. Patrzę na te piękne, groźne skały. Mam świadomość tego, że wspinałem się na wymagającej drodze, w tak obłędnej ścianie. W zespole z niesamowitym, doświadczonym człowiekiem, od którego mogłem nauczyć się tylu rzeczy. Przecież właśnie o to chodzi we wspinaczce. Czuję się pokonany, ale pokonany w pięknym stylu. Walka trwała do samego końca. Mój świat coraz bardziej pragnie pustych dolin i dziewiczych ścian. Małych zespołów i samotnej walki z samym sobą. Bez tłumu turystów, bez mijanek na linach. Mam nadzieję, że jestem na dobrej drodze. W dużej mierze dzięki ludziom, z którymi mam okazję się wspinać.
A na Annapurnę jeszcze wrócę, by wyrównać rachunki...
Powrót do części I
|
jesteś w >>>główna/reportaże/Annapurna 2005 część II |
|