Annapurna 2006 - grań wschodnia
czyli mBank Lotto Tryptyk Himalajski część druga


  [Wstępem z Deli]  [Ku drugiej części Tryptyku]  [W końcu do góry]  [Oby dostać się na grań!]  [W kierunku szczytu...]  [Od biwaku do biwaku]  [Vamos tres Pedros]  [Odwrót]  [Wydostać się z grani] 
 

Wstępem z Deli

   Siedzę na lotnistku w Deli. Miejsce komfortowe: sala odpraw, tuż przy toaletach. Taka tutaj procedura. Następnie przychodzi jeden z licznych urzędników, spisuje dane z twojego paszportu i biletu. Potem gdzieś znika, by pojawić się w asyście kolejnego urzędnika. Zabierają całą grupę czekających na transfer i wprowadzają do głównego holu. Jak gdyby nie było można od razu. Potem człowiek siedzi, przysypia, a tutaj co godzina zjawia się kolejny urzędnik z zapytaniem o lot. Czasem jeszcze przyniosą bagaż do indentyfikacji.
    Ponad dziesięć godzin czekania i kilkanaście wizyt. To wykańcza nawet najtwardszych zawodników. A przed nami jeszcze dwie godziny w Amsterdamie. Potem już spotkanie z rodzinami na lotnisku...
    Hmmm... którego dosyć się obawiam. Nasze domniemane "zniknięcie" na Annapurnie narobiło sporo szumu. Szczególnie w kręgach rodzin i znajomych, które już powoli zaczęły nas opłakiwać. I dlaczego? Bo przez kilka dni nie dawaliśmy znaku życia. Powód prozaiczny: wyładowane baterie w telefonie. O takiej ewentualności ostrzegaliśmy. Ale wyobraźnia ludzka jest silniejsza niż rozumowanie. Może od początku.

Ku drugiej części Tryptyku

   Po wejściu na Cho Oyu szybko wynosimy się z Tybetu. Zostawiamy za sobą suchy, wietrzny świat piasku i gołych gór razem z jego mieszkańcami. Gnamy prawie na złamanie karku do Kodari. By przywitać zielony, kolorowy, radosny Nepal. Stąd już blisko do Katmandu, o którym marzyliśmy przez ostatnie długie dni. Kilka dni odpoczynku i już jesteśmy w Nayapool. Dobrze znane mi miejsce, w którym wywalają nas i nasze bagaże z autobusu. Stąd dalej na piechotę...
    Oprócz naszej tryptykowej czwórki (Piotr Pustelnik, Peter Hamor, Don Bowie i autor niniejszego) idą z nami Tybetańczycy. Lotse, któremu podobnie jak Piotrowi brakuje już tylko 2 szczytów do Korony Himalajów, jego pomocnik Tashi oraz wynajęty przez agencję Dawa Szerpa. Lotse dowiedział się, że chcemy iść od południowej strony i chciał do nas dołączyć.
    Celem naszym jest wschodnia grań. Długa, piękna, ostra i jak podejrzewamy wymagająca. Na niej trzeba poruszać się szybko, bez obozów. Biwakowanie przez kilka nocy na wysokości 7500 to rzecz, która od początku budzi obawy. Ale też pociąga. Przynajmniej uwolniliśmy się od Bonningtona (Piotr przez dwa ostatnie lata bezskutecznie zdobywał południową ścianę Annapurny drogą Bonningtona).
    Dalej wszystko idzie sprawnie i bez zarzutu. Mieszkamy w lodge'u w Annapurna Base Camp - domach dla turystów na wysokości 4130 mnpm. Nie ma sensu, zważając na typ naszej działalności, zakładać bazy na lodowcu, dwie godziny dalej. Jeśli pójdziemy do góry, to wrócimy już po ataku szczytowym. Od razu nasze zapały temperuje pogoda. Dzień w dzień deszcz puka z rana do naszych okien. Siedzimy, jemy i nic nie robimy. I tracimy aklimatyzację z Cho Oyu...

W końcu do góry

   Nareszcie poranek bez deszczu. Chwytamy nasze zawilgotniałe plecaki i całą siódemką ruszamy do góry. Wraz z nami Jagat i kilku tubylców. Pomagają nam wynieść sprzęt do pierwszego depozytu. Dalej będziemy działać sami. U stóp labiryntu wiodącego przez lodowiec rozbijamy namioty.
    Labirynt zleckeważyliśmy w naszych przedwyjazdowych rozmyślaniach. Faza przejścia pzez lodowiec w naszych umysłach praktycznie nie istniała. Jakaś droga przecież musi być. Szukamy jej długo. Kierowani wskazówkami poprzednich zdobywców tej drogi usiłujemy się przebić na lewą stronę lodowca. Niestety nie udaje się. Co chwila napotykamy szczeliny, których nie jesteśmy w stanie przejść. W końcu na wysokości 6000 metrów odnajdujemy swoją drogę... po prawej stronie lodowca.
    Sto metrów wyżej staje nasz drugi depozyt. Myśleliśmy, że to koniec kluczenia, a przed nami otworzył się kolejny lodowiec z kolejną plątaniną szczelin i seraków. Jeszcze tego samego dnia, gdy postawiliśmy namioty "dwójki" wypuszczam się z Dawą na rekonesans. Dobijamy do wysokości 6600 tylko po to, by stwierdzić, że wyżej się nie da. Szczeliny, szczeliny, szczeliny. Z żalem patrzę na plateau 100 metrów wyżej, nad którym widnieje przełęcz. Tam chcieliśmy dojść...

Oby dostać się na grań!

   Tego dnia nastroje panują grobowe. Usiłujemy wieczorem wypatrzeć drogę w plątaninie seraków. Duża część ściany runęła odsłaniając potrzaskane zwały lodu. Kawał ściany już spenetrowaliśmy i nie znaleźliśmy nawet cienia szansy na przejście. W szerokiej na kilometr dolinie został tylko jeden kuluar, którym możemy wyjść do góry. Jeśli się nie da, możemy zawracać do domu.
    Rano pakujemy wszystkie nasze rzeczy na grzbiet i wbijamy się w ów kuluar. Z ciężkimi plecakami i z ciężkimi sercami pokonujemy kolejne seraki i szczeliny. Słońce powoli przesuwa się po horyzoncie, a nas zabija upał i monotonnia labiryntu. Od tej pory zaczynamy nasz atak. W plecakach mamy cały sprzęt biwakowy i jedzenie...
    Tak przynajmniej nam się wydaje. Już w "dwójce" zaczynamy ograniczać racje żywnościowe. Droga przez labirynt lodowcowy zajęła nam dwa dni więcej, niż się spodziewaliśmy. Wcześniej wydzielone racje muszą starczyć na kolejne dni. Poza tym popełniliśmy gdzieś niewybaczalny błąd: zamiast racji obiadowych zabraliśmy tylko śniadaniowe. Pyszne, liofilizowane potrawy zostały gdzieś w "jedynce", w pierwszym depozycie.
    Jedzenie jednak nie jest naszym największym problemem. W końcu znajdujemy drogę przez ostatnie partie lodowca i w promieniach zachodzącego słońca docieramy pod przełęcz pod Roc Noir na wysokości około 7000 metrów. Przed nami upragniona grań. Rozbijamy nasze biwakowe namioty, a miejsce chrzcimy "trójką", czyli obozem lub depozytem trzecim. Niestety docieramy tylko w sześciu. Don zachorował i musiał zejść na dół. Znaczne osłabienie zespołu.

W kierunku szczytu...

   Wieczorem jeszcze jemy całkiem smaczny posiłek, oczywiście głównie złożony z muesli. Moje myśli oscylują już tylko wokół tego, że jutro będziemy na grani. Rankiem startujemy. Wychodzimy z bezpiecznego schronienia na odsłoniętą przełęcz. Wiatr jest tak silny, że po niecałej godzinie zmagania się z nim zarządzamy odwrót. W takich podmuchach nie przejdziemy nawet przełęczy.
    Wieczorem kolacja na coraz mniejszych racjach. Pytamy się naszych tybetańskich towarzyszy, jak stoją z jedzeniem. Okazało się, że wystarczy im najwyżej na jeden dzień. To by oznaczło, że nie mogą z nami iść na grań. Po długich dysputach z sąsiedniego namiotu pada decyzja: na grań pójdzie tylko Lotse. Tashi i Dawa schodzą na dół.
    W ten, dosyć niespodziewany sposób, zostały tylko 4 osoby przeznaczone do ataku szczytowego.
    Następnego dnia wyposażeni w jeden namiot, prawie bez jedzenia, przy bezwietrznej, przepięknej pogodzie, w końcu ruszamy ponad przełęcz. Podejście pod Roc Noir, które ma prawie 7500 wykańcza nas swoją monotonnią. Długie, kilkusetmetrowe, strome zbocze. Czuję się jakbym podchodził po schodach podczas jednego z treningów. Późnym popołudniem jesteśmy na grani. Na stromej, śnieżno-lodowej, ostrej grani, na której można usiąść na oklep. Przed nami długi, niebezpieczny trawers do płaskiego miejsca. Tam będzie można zabiwakować.
    Czas dłuży się niemiłosiernie, słońce zachodzi, a my cały czas trawersujemy. Krok za krokiem, z dwoma kilometrami powietrza pod nogami. Nie mogę się nadziwić widokom. Tylko Lotse jest mocno nieswój. Okazało się, że po takim terenie nigdy nie chodził bez poręczówek. Że właściwie nigdy się nie wspinał, bo zawsze ktoś owe poręczówki zakładał. Że na koniec ma tylko jedną, prostą, turystyczną dziabę, bo z dwiema też nigdy nie chodził. Idę z nim w parze. Powoli uczę go asekuracji, zakładania stanowiska z dziab, prowadzenia liny itp. Na szczęście łapie szybko.

Od biwaku do biwaku

   Wiatr na grani ucichł. Kolacja składa się głównie z herbaty. W namiocie mało miejsca, ale jest przynajmniej ciepło. Gotujemy i gotujemy. Zasypiam jak kociak i budzi mnie dopiero poranne słońce. Jemy jakieś resztki muesli, popijamy obrzydliwą herbatą, zwijamy namiot i do góry. Kolejny piękny dzień. Kolejne trawersy. Niezapomniana, stroma grań. A przed nami majaczy wschodni wierzchołek. Dzisiaj dzień wypoczynkowy. Idziemy wolno i wczesnym popołudniem mamy namiot na małej przełęczy pod wschodnim wierzchołkiem. Z tyłu, jak na dłoni, widać główny szczyt. Wydaje sie tak niedaleko...
    Każdy z nas chowa po batonie na atak szczytowy. Oprócz tego nie mamy już nic do jedzenia. Gotujemy jak zwykle dużo wody, ale nie ma żadnych minerałów, by do niej dodać. Właściwie pijemy wodę destylowaną. Do tego wyjadamy resztki z naszej torby żywnościowej. Jutro przystępujemy do ostatecznej rozprawy z górą.

Vamos tres Pedros

   Ranek wita nas cholernym mrozem. Długo nie możemy wywlec się ze śpiworów. Chcieliśmy wyjść jeszcze w nocy, a wychodzimy o świtaniu. Kości zastałe prawie bolą przy każdym ruchu. Kolejny dzień na tej wysokości przytępia i spowalnia. Przed nami Lotse zaczął torować drogę. On jedyny używa tlenu i wyrwał się na ochotnika. Teren łatwy, to i porusza się szybko.
    Za naszym biwakiem otwiera się kolejna dolina. Nie spodziewaliśmy się jej. Do wierzchołka wschodniego jest dalej niż myśleliśmy. A potem owo zdziwienie, kiedy przed nami pokazał się jeszcze wierzchołek pośredni... To będzie dużo dłuższy dzień, niż się spodziewałem. Otworzyły się przed nami kolejne setki metrów do przejścia, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia. Ponadto chcieliśmy obejść wierzchołek wschodni, ale okazało się to niemożliwe. Przez zapych tracimy ze 2-3 godziny. Droga do góry jest jeszcze nudniejsza i bardziej męcząca niż podejście pod Roc Noir. Długi, stromy kuluar, potem pole zawalone skalnymi płytami i w końcu jesteśmy pod charakterystyczną, wielką przewieszoną skałą zwieńczającą wierzchołek wschodni. Ale co dalej?
    Wchodzimy na śnieżną grań zakończoną wierzchołkiem wschodnim. Tędy nie można przejść. Peter leci natchniony zboczem w dół, może tamtędy się da przebić? Pokonuje dwójkowo-trójkowy teren, po czym zatrzymuje się i macha do nas radośnie ręką. Idziemy za nim.
    Czas mija, a Lotse idzie coraz wolniej. Mamy do zejścia ze 200 metrów, ale za każdym krokiem trudności skalne zwiększają się. W końcu z dwóch 60cio metrowych odcinków liny wspinaczkowej zakładam poręczówki. Lotse chce zawracać. W końcu, dopiero w okolicach zmierzchu opuszczamy skalne zbocze i stoimy pod wierzchołkiem pośrednim. Peter zniknął torując dalej drogę. Widzę go nawet jak zmierza w kierunku wierzchołka głównego.

Odwrót

   Znowu powstaje pytanie: co dalej? Piotr na początku nie chce biwakować. Niebo ciemnieje z minuty na minutę. Lotse stoi przerażony i chce wracać. Trudno znaleźć miejsce na biwak w miejscu, w którym stoimy. Po długiej dyskusji decydujemy się na odwrót. Mamy tylko jedną czołówkę. Wyjmuję ją z plecaka i zawracam.
    Lotse idzie coraz gorzej. Jest ciemno, ale mimo tego orientujemy się, że on właściwie nic nie widzi. Decyzja o odwrocie wydaje się jak najbardziej słuszna. Dopiero o 5 rano, kiedy jest już jasno, wpełzamy do namiotu. Oczy Lotse są w przerażającym stanie. Dwie wielkie napuchnięte powieki i cały czas płynące łzy. Postanawiamy zaczekać ze dwa dni, aż Lotse wyzdrowieje. Nie mamy ani grama jedzenia, nie pamiętamy nawet jak smakuje. Ale wydaje nam się, że damy radę. W okolicach południa wraca Peter i przynosi radosną wiadomość: był wieczorem na szczycie! Przy zejściu zabiwakował. Zganiamy go na dół, do trzeciego obozu, bo wygląda na naprawdę zmęczonego. Z Piotrem i chorym Lotse zostajemy sami na grani.

Wydostać się z grani

   Po dwóch dniach wyruszamy tylko z Piotrem do góry, by spróbować jeszcze raz szczęścia, albo chociaż ściągnąć liny z wierzchołka wschodniego. Jesteśmy jednak tak zmęczeni, że zawracamy. Śniadanie z wody wytapianej ze śniegu jednak nie daje siły. Czuję jeszcze jak mnie pieką wargi. Owa woda pita na gorąco parzy język i wypala jamę ustną. Czuję się jakbym pogryzł kaktusa. Jest niewesoło. Nie mamy lin do asekuracji, Lotse widzi niewiele, wszyscy jesteśmy potwornie zmęczeni i głodni, wysokość wysysa z nas wszystkie siły, a przed nami 7 kilometrów stromej, miejscami niebezpiecznej grani. Kiedy w końcu zganiam Lotse ze śpiwora krzycząc mu nad uchem, że idziemy, słyszę odpowiedź Tybetańczyka: "up or down?". Zaraz po tym, jak stwierdzam, że schodzimy do trójki, Lotse stwierdza, że bez drugiej dziaby sie nie rusza. Dopiero jak daję mu swój czekan to łaskawie wstaje i ubiera się.
    Nie będę się rozwodził co jest dalej. Cały dzień gehenny. Każdy krok męczy, a grań nie ma końca. Potem zejście z niej i dojście do namiotu. Wieczorem wpełzam kompletnie wyczerpany do trójki i nie mam siły nawet by jeść. Ale Annapurna dała nam wycisk. W końcu przełamuję się i po prawie tygodniu głodowania, mam w ustach coś konkretnego. Dzięki Donowi, który przyleciał sam z dołu, przez niebezpieczny lodowiec, i zaopatrzył namioty.
    Dopiero dwa dni później w bazie oddycham z ulgą. Udało się. Powtórzyliśmy drogę po raz drugi. Peter wszedł na wierzchołek główny (8091), my na wschodni (8010). A wspaniałych chwil na grani nie da się zapomnieć...

jesteś w >>>główna/reportaże/Annapurna 2006
 
Piotr Morawski 2003 --> ostatnia zmiana: 19.04.2007