| |
CHO OYU 2006 - ZDĄŻYĆ PRZED SEZONEM czyli
mBank Lotto Tryptyk Himalajski część pierwsza
|
|
[inny świat]
[baza]
[zmagania z wiatrem]
[do boju!]
[którędy do góry?]
[powtórka z rozrywki]
[wycofy]
[flagi..]
[powrót]
[w ostatniej chwili]
[epilog]
|
|
Inny świat
|
|
Dorjee spojrzał na nas pewnie.
- Jaki są słabe po zimie. Nie zabiorą więcej niż 40 kg! Mam to wszystko także na piśmie - spokojnie pokazuje zatartą kartkę, której nawet nie chce nam się czytać. Zabieramy się zatem do ważenia bagażu licząc sobie po cichu, ile trzeba będzie dopłacić do bagażu.
Chiński oficer łącznikowy jest jeden na wszystkie wyprawy. Siedzi sobie w bazie chińskiej, dokąd można jeszcze dojechać samochodem i kontroluje. Sprawuje władzę jak udzielny władca. Wszelka nadwyżka pieniędzy trafia do jego kieszeni, część do kieszeni jego pracowników. Mała wioska w środku tybetańskiej równiny nie śmie odetchnąć bez jego pozwolenia.
Ważymy na naszej wadze. Tyle udało się wytargować. Kiedy już podsumowaliśmy kilkadziesiąt ładunków przychodzi szef Tybetańczyków. Podnosi tobół za tobołem i kręci głową. Nie ulega wątpliwości, że nasza waga coś musiała źle pokazać. Szef znika i po chwili pojawia się z długim kijem, który na jednym z końców ma odważnik. Trzeba jeszcze raz powtórzyć ważenie...
- Razem będzie 38 jaków - mówi spokojnie Dorjee - musicie dopłacić - tutaj wymienia stosowną kwotę, a nam otwierają się noże w kieszeni - i możecie jechać.
Patrzę bezradnie dookoła. Kilkunastu poganiaczy przyprowadziło może ze 20 biednych, osłabionych zimą zwierząt. Załadują może połowę naszych beczek. A co z resztą? Okazuje się, że niepotrzebnie się martwiłem. Rusza nasza karawana, a każdy jak ma conajmniej 80 kg na grzbiecie. U jednego naliczyłem prawie setkę. Aż strach pomyśleć, co te zwierzęta wyrabiają, jak nie są takie słabe...
|
|
Baza
|
|
W śniegu do połowy łydki docieramy do bazy. Już z daleka wiadomo, że coś nie tak z naszymi jakami. Stanęły, zbiły się w grupę i dalej ani kroku. Miotający się koło nich Tybetańczycy jeszcze pogłębiają zamieszanie.
- Nasze zwierzęta dalej nie pójdą, śnieg jest za głęboki - stwierdza ich szef - Pod śniegiem są kamienie, zwierzęta mogą złamać nogę, a to jedyne nasze źródło utrzymania.
Do jasnej! Faktem jest, że baza cała zasypana, ale chyba jaki wiedzą jak poruszać się w śniegu. Tybetańczycy udają, że zaczynają zrzucać beczki. Są jakieś 300 metrów od miejsca, w którym staną nasze bazowe namioty. Na domiar złego zaczyna padać śnieg. Na samą myśl, że te kilkaset kilogramów mamy przenieść na plecach robi mi się słabo.
Nikt mi nie każe nosić. Odpowiednia ilość dolarów i jaki już nie złamią nogi. Spokojnie przechodzą owe 300 metrów po głębokim po łydki, niebezpiecznym, bazowym śniegu. A ja im naiwnie pomagałem podczas 3 dni trekingu do bazy.
Wszędzie biało. Tak naprawdę z bazy chińskiej do głównej można dojść z jakami i w dwa dni. Ale jak jest mniej śniegu. Jesteśmy na 5400, a przed nami monumentalna postać Cho Oyu. Z tyłu widać Nangpa La, odwieczny szlak ku Nepalowi. W ciągu kilku godzin można znaleźć się w Solo Khumbu, rejonie Everestu i Lhotse.
|
|
Zmagania z wiatrem
|
|
Mimo śniegu do roboty. Po rozgospodarowaniu się na tej niegościnnej ziemii lecimy do góry. Nikogo nie ma oprócz nas. Bałem się bazy pod Cho Oyu. Straszono mnie opowieściami o strasznej komersze, o tłumach walących do góry i depczących słabszych oraz o przepychaniach się w kolejce na szczyt. Wiem, trochę koloryzuję, ale Cho Oyu nie ma najlepszej sławy, jeśli chodzi o ludzi próbujących zdobyć tę górę.
Mamy ten komfort, że jesteśmy sami. Najpierw wytrasowanie drogi przez lodowiec. Nocleg u podstawy ściany. A potem długie podejście kamienistym zboczem. Nic trudnego, ale upierdliwe potwornie. Kamienie ciągną się przez jakąś godzinę szybkiego marszu, by wyprowadzić na przełęcz. Na lewo syf, na prawo syf, a w środku stoją platformy. Kilka metrów pod nami w śniegu i lodzie tkwią powtapiane kijki bambusowe, puste kartusze, śmieci, szczątki namiotów. Na samej przełęczy, na skałach, poukładane platformy. Jesteśmy w jedynce. Zegarki pokazują 6100 metrów.
Wybieramy najlepsze platformy pod dwa namioty. Wiatr się wzmaga i jest coraz zimniejszy. W bazie też nie było za ciepło, ale tam można było zwalić na wysokość. Dopiero dwa tygodnie później, kiedy wiatr ucichnie, zdamy sobie sprawę, że zima jeszcze do końca nie odeszła. Raczyła nas swoim ostatnim tchnieniem. Jedynka za dwa tygodnie będzie oazą spokoju, na której będzie można się wygrzewać (chyba że ktoś nie zauważy opalającego się w tłumie i nadepnie).
Pierwsza noc przypomina mi zimowe wyprawy. Namiot trzęsie się spazmatycznie, szron leci na gębę. Zakładam słuchawki na uszy i przy kojących dźwiękach Sex Pistols zasypiam. Grają znacznie spokojniej, niż łopot tropiku na wietrze...e przestaje padać do wieczora — codzienne torowanie od nowa. Szybko się do tego przyzwyczajamy. Wedle starej zasady, że nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być gorzej...
|
|
Do boju!
|
|
Nad jedynką niebieszczą się lodowe pola. Ani grama śniegu. Na zdjęciach zupełnie inaczej to wyglądało. Kładziemy tam ze 200 metrów swojej liny. Znajdujemy jakieś stare poręczówki, które przy użyciu noża i dwóch, nowych śrub, tniemy, wiążemy, mocujemy. I już mamy ciąg lin do śnieżnej, łatwej grani. Całość roboty zajmuje nam może ze dwa dni.
Droga do obozu drugiego otwarta. Jak to zwykle bywa zostajemy zgonieni do bazy przez niepogodę. Zaczyna sypać śnieg, a my siedzimy skuleni w obozie pierwszym i nie robimy nic konkretnego. Poza wyjadaniem kończącego się już jedzenia. W bazie stoją już inne namioty. Koreańskie. Mógłbym rozwodzić sie na temat owych "alpinistów" długo, ale przez grzeczność tego nie zrobię. Przychodzili też do nas po poradę medyczną, więc może nie wypada. Jedyne co można powiedzieć, to że dwóch nie dotarło do bazy i zaginęło po drodze z dołu. Z tych, co dotarli jeden odmroził nogi w bazie, drugi dostał ślepoty śnieżnej, a trzeci został przyprowadzony w stanie kompletnego wyczerpania. Z nimi trzeba zacząć współpracę. Na szczęście zakończyliśmy wyprawę, zanim wyszli poza obóz pierwszy.
Kolejne wyjście, to osłabiony wiatr i nasza szansa. Idziemy do góry powoli, ale skutecznie. Śpimy gdzieś na owej śnieżnej grani, porządkujemy kolejne poręczówki i docieramy do obszernego plateu na wysokości ok. 7000 metrów. Jesteśmy w obozie drugim. Nad nami skalna kopuła szczytowa.
|
|
Którędy do góry?
|
|
Oczywiście zbagatelizowaliśmy górę i oparliśmy się tylko na doświadczeniu Piotra. Nie wzięliśmy pod uwagę dwóch rzeczy: był tutaj kilkanaście lat temu, a na dodatek w sezonie jesiennym. Wysłuchaliśmy z Donem uważnie jego opisu drogi i położyliśmy się spać gotowi do ataku szczytowego. Dzień po nas miał ruszyć Peter i Piotr.
Wyrywamy z Donem do góry zanim jeszcze świta. Dosyć szybko zdobywamy wysokość nad obozem drugim. Wraz z fioletem świtu docieramy do podnóża skał. Tempo nam trochę spada, ale to już normalne na tej wysokości. Gdzieś pomiędzy skałami majaczą poręczówki, co nas upewnia, że idziemy w dobrym kierunku. Docieramy do małego pola śnieżnego na 7700, jeszcze sto metrów do góry i...
Dookoła nas same skały. Cały czas powtarzano nam, że powinniśmy trafić na obszerne pole śnieżne. Podchodzimy do góry, schodzimy na dół, trawersujemy. Pod nami skalne urwisko, nad nami potrzaskane skały. Trwa gorączkowa rozmowa z bazą, z Piotrem, z kimkolwiek. Schodzimy do miejsca, z którego widać obóz drugi. Chłopaki też nas widzą i utrzymują, że jesteśmy na dobrej drodze.
Kręcimy się jak nie powiem co w przeręblu. Mieliśmy dobre tempo, ale teraz są już coraz mniejsze szanse na szczyt. Spróbujemy jutro z Piotrami, a na to trzeba zachować jeszcze siły. Don potwierdza. Zawracamy jak zbite psy.
Następnym razem będę patrzył na schematy i czytał opisy dróg. Następnym razem będę patrzył na schematy i czytał opisy dróg. Następnym razem...
Tak sobie powtarzam schodząc. A słońce przygrzewa. Oby jutro też chciało nam dać szansę...
|
|
Powtórka z rozrywki
|
|
Na następny dzień decydyjemy się iść na lewo, przez zwyczajowy obóz trzeci. Może mają rację ci, którzy stawiają tam namioty i stamtąd jest bliżej do szczytu? Kolejny ranek z rzędu zastaje mnie rozgrzewającego palce u nóg podczas podchodzenia do góry. Usiłuję wyrzucić z pamięci szron sypiący się na twarz i ból w nogach po wczorajszym, nieudanym ataku. Teraz przede mną kolejne metry do góry. Mijamy szczątki obozów trzecich na wysokości 7300-7500. Tutaj już mniejszy bałagan, ale może też dlatego, że mniej ludzi tutaj dociera. Znajdujemy szczerbę w białym pasie skał. Z nadzieją i ufnością podążamy całą czwórką w jej kierunku. Jak zwykle szczątki jakiejś liny poręczowej a następnie długie, skalno-śnieżne podejście. Raki zgrzytają po płytach, za mało stromo by użyć czekana, ale śmiało gnamy do góry (tak swoją drogą chyba na całej górze czekan jest zbędny, no może poza 100 metrami stromego seraka, ale tam jak wisi poręczówka też da się przejść z kijkiem).
|
|
Wycofy
|
|
Najpierw opada Don. Widzę jak zawraca i powoli schodzi w kierunku białej szczerbiny. Jak się potem okaże jego palce nie rozgrzały się od porannego wyjścia. Wczorajsze zmagania trochę je przemroziły. A przed nami jeszcze Annapurna, główny cel wyprawy. Zawraca niechętnie, ale co zrobić z opornymi paluchami?
Nad skalno-śnieżnym podejściem zaczyna się katorga. Teren kładzie się prawie całkowicie. Przekradamy się czysto skalnym terenem, jeszcze bardziej męczącym, niż podejście do jedynki. Co ja mówię?! Marzę teraz, by podchodzić tamtymi obsypującymi się kamieniami. To tylko mój umysł tak pracuje. Siadam sobie spokojnie, wcinam jakiś czekoladowy baton, wypijam pół litra wody i patrzę zadowolony na słońce. Kiedy cukier uderza w tętnice ruszam ponownie do góry. Od razu z innym spojrzeniem na świat.
Krokiem bardziej sprężystym niż przed pół godziną, wychodzę z owych skał i wbijam się w lodowe pole. Na jego końcu skalna bariera. Ponad nią powinno być kolejne śnieżno-lodowe pole ciągnące się niemiłosiernie długo. Czyli plateau szczytowe. Nasłuchałem się juz o nim sporo.
Kiedy jestem w rudych skałach spoglądam pod siebie, by ogarnąć sytuację. Petera widzę, niedługo do mnie dojdzie. Ale gdzie jest Piotr. W końcu go odnajduję. Jest jeszcze na śniegu, ale ewidentnie schodzi. Nie wiem, czemu, ale rozumiem, że zostaliśmy tylko z Peterem...
|
|
Flagi, zdjęcie, Everest i takie tam
|
|
Na lewo widnieje fałszywy wierzchołek. Idę sobie powoli przed siebie. Piotr wspominał, że plateau szczytowe będzie ciągnąć się, aż do mdłości. Idę od najwyższego wzniesienia do kolejnego najwyższego. Aż nagle widzę jakieś kolorowe szmaty na ziemi. To flagi modlitewne. Na lewo ode mnie kolejne kopce z flagami i kolejne. Przede mną w chmurach ginie zwalista sylwetka grupy Everest-Lotse. Kręcę się trochę po okolicy usiłując znaleźć najwyższy punkt, ale wszystkie są najwyższe. Nigdzie nie widać Petera. Nic to. Wyciągam z plecaka zdjęcie i małe pudełko, które pieczołowicie układam w szczelinie. Kieruję obiektyw aparatu prosto w swoją facjatę i naciskam spust migawki. I tyle.
Schodzę bardzo wolnym krokiem chłonąc wszystko dookoła. Mimo, że większość gór ginie za chmurami, jest pięknie. Śnieg chrzęści pod stopami, słońce nie oślepia za bardzo. Jest jeszcze pół dnia, by wrócić do dwójki...
|
|
Powrót
|
|
Peter poszedł na lewo ode mnie i rozminęliśmy się. Widział mnie jak schodziłem i wołał. Ale przy wietrze, zamyśleniu i przestrzeni trudno usłyszeć. Chcialiśmy sobie razem zrobić zdjęcie, ale nie wyszło. Czekam na niego poniżej skalnej bariery, w miejscu całkowicie zasłoniętym od wiatru. Jest nadspodziewanie ciepło, jeśli nie przychodzą te mrożące podmuchy.
Do namiotu wracamy spokojnie, choć zmęczeni. Kilkanaście, kilkadziesiąt kroków i siadamy. Nie odzywamy się do siebie, bo nie ma po co. Jeszcze za dnia docieramy do namiotów, gdzie czeka na nas ciepła zupa i herbata. Pierwsza część wyprawy pod tytułem Tryptyk Himalajski dobiegła do końca.
|
|
W ostatniej chwili
|
|
Kiedy zwijamy dwójkę i powoli schodzimy na dół, pierwsze osoby idą do obozu drugiego. Trochę musiało się w jedynce pozmieniać podczas naszej nieobecności. I rzeczywiście. Już z daleka widać, że na skalnej grani stoi kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt namiotów, wokół których miota się kolorowy tłum.
Przed naszym namiotem Jagat (nasz kucharz i menedżer) wita nas z szerokim uśmiechem. Już zdążył odstąpić nasze miejsca jakimś innym wyprawom. Nie wnikamy za jaką cenę. Nad nami siedzi jakiś dwóch Hiszpanów i cierpliwie czeka, aż zwolinimy te miejca. Obok przechodzi dwóch trekersów w koszulach flanelowych i skórzanych, starych butach. Koreańczycy przychodzą z gratulacjami i prawie zadeptują nasze rzeczy. Wszędzie gwar i ruch.
Jak dobrze, że schodzimy na dół... Zdążyliśmy na wierzchołek w ostatniej chwili; nawet wolę nie myśleć, co tutaj się bedzie działo za kilka dni. Podczas naszego krótkiego pobytu przy namiotach jedynki, do obozu podchodzi ponad dwadzieścia osób! Jesteśmy jedynymi schodzącymi...
Sezon w pełni. Baza pełna wypraw. Będzie ponad 300 osób. A niech sobie teraz szturmują, dobrze że przybyli tak późno. Na tyle, że sami moglibyśmy zmierzyć się z Cho Oyu, zaznać trochę imtymności - tak gadamy wypijając kolejną kolejkę z Norwegami, którzy przyszli nas odwiedzić.
A tak naprawdę myślami jesteśmy gdzie indziej. Przy Annapurnie. Zaaklimatyzowaliśmy się, a teraz do Nepalu! Na nas główny cel...
|
|
Epilog
|
|
Dorjee nie robił nam żadnego kłopotu ze śmieciami, z jakami, z czymkolwiek. Pogratulował, zrobił herbaty i szybko przetransportował dalej. Opłata za jaki okazała się łapówką, wspomożeniem i opłatą za wszystko. Kto nie zapłacił miał potem problemy. Opuszczamy ten Tybet...
|
jesteś w >>>główna/reportaże/Cho Oyu 2006 |
|