| |
KONIE, JURTY I SZEROKIE STEPY, CZYLI WŁÓCZĘGA PO KIRGZJI
CZĘŚĆ I - OKOLICE KARAKOŁU I JEZIORA ISSYK-KUL
|
|
[karakoł]
[majdaadyr]
[dżet-oguz]
[czołpon-ata]
[issyk-kul]
|
|
KARAKOŁ
|
|
Tuż u wschodniego końca jeziora Issyk Kul leży jedno z większych miast Kirgizji - Karakoł. Znajduje się tutaj dla większości turystów i wspinaczy główna baza wypadowa na włóczęgi i wspinaczki po okolicznych górach, liczących sobie nierzadko więcej niż 5000 metrów. Tutaj też docierają wszyscy jadący na lodowiec Inylczek, którzy chcą atakować Chan Tengri (6995 m.n.p.m.) od kirgiskiej strony, lub najwyższą górę tego regionu - Pik Pobiedy (7439 m.n.p.m.). Miasto już przy wjeździe straszy zakurzonymi blokami, zazwyczaj wita mocnym słońcem. Ulice, jak w całej Kirgizji, potwornie zniszczone, kierowców całkiem sporo, szalonych i nieuważnych jak wszędzie w centralnej Azji. Jadą środkiem ulicy (utrudnia im to trochę brak pasów na jezdni), wymijają na piątego, albo szóstego, trąbią bez powodu, nawet jak jesteś kilkadziesiąt metrów przed nimi na ich drodze. Nieważne, że zdążysz zejść kilka razy w bezpieczne miejsce, ważne, że Cię akurat widzą. W oddali, poza miastem, widać długie, górskie łańcuchy. Przedsmak wspaniałych przeżyć dla tych, którzy chodzą po górach, jak i dla wspinaczy.
Czekam na dworcu autobusowym. Do tutejszych środków transportu trzeba przywyknąć. Często stare, rozwalone, uruchamiane na korbę. Zazwyczaj przepełnione i oczywiście wysoko podskakujące na wybojach. Wyjątkiem są autokary kursujące pomiędzy dużymi miastami, lub na długich trasach. Dzisiaj jadę do jednego z bardzo znanych miejsc - Dżet-Oguz, siedliska wielkich, czerwonych piaskowych skał. Patrzę z niepokojem jak z odległych, górskich szczytów nadchodzą ciężkie chmury. Po kilkunastu minutach nadciągają nad miasto, zrywa się silny wiatr. Cały Karakoł zostaje przysłonięty chmurą kurzu poderwanego z ulic miasta. Po kilku silniejszych podmuchach jestem cały zasypany brązowym pyłem, piasek chrzęści mi między zębami. Potem na szczęście spada deszcz i cały kurz z powrotem osiada na ziemi.
Co jeszcze można znaleźć w mieście? Mnóstwo agencji turystycznych organizujących wycieczki w ciekawe miejsca oraz wyprawy w okoliczne góry. Dwa wielkie bazary. Mniejszy znajduje się w centrum, można na nim kupić prawie wszystko do jedzenia. Oprócz tego trochę papeterii i konfekcji. Drugi leży troszkę na uboczu. Jest ogromny. Można zaopatrzyć się na nim we wszystko, od kilkudziesięciokilogramowych worków z mąką do chińskich koszul i butów. W okolicy, jak to na kirgiskich bazarach, znajduje się mnóstwo małych lokali oferujących za niewielkie pieniądze (rzędu 20-30 somów) tradycyjne jedzenie typowe dla Centralnej Azji. Dla miłośników pięknych budynków znajdzie się niewiele. Niedaleko od centrum położony jest Chram Świętej Trójcy, piękna, drewniana cerkiew. Oprócz niej, podczas włóczęgi po mieście, można spotkać sporo ładnie wykończonych drewnianych budynków. Niestety cała reszta to obskurne, szare bloki lub pozostałości epoki Związku Radzieckiego - blade, partyjne gmachy, wielki szary sklep w samym centrum ohydne budynki uniwersytetu, czy socrealistyczne pomniki. Jak chyba w każdym, większym mieście Kirgizji, natkniemy się w Karakole na statuę dumnie stojącego Lenina wskazującego wyciągniętą ręką w kierunku gór. Deszcz minął, znów zerwał się wiatr. Podjeżdża mój rozwalony, wypchany po same brzegi ludźmi, torbami i workami z mąką i makaronem autobus. Wsiadam i bez żalu żegnam się z zakurzonym Karakołem.
|
|
MAJDA ADYR i ANDŻAJLO
|
|
W Karakole można znaleźć kilka biur oferujących dojazd do Majda Adyru. Jeśli ktoś organizuje wszystko dużo wcześniej, albo nie chce wszystkiego załatwiać dopiero w Karakole, może załatwić samochód poprzez Internet. Jedną z najpopularniejszych obecnie agencji jest Tien-Szan Travel z siedzibą w Biszkeku.
Kiedy już udaje nam się znaleźć transport wsiadamy w podstawionego łazika z napędem 4x4 lub w Niwę. Ruszamy. Początkowo po ładnej, asfaltowej drodze, później po coraz większych wybojach. Aż wjeżdżamy w góry. Mijamy pomnik traktorzysty - samotny spychacz stający na szczycie wielkiego, kilkumetrowego kamienia. Potem o asfalcie można już zapomnieć. Widoki coraz piękniejsze, droga zaczyna powoli piąć się pod górę. W zależności od naszego samochodu, albo jedziemy płynnie, albo co pewien czas musimy stanąć w celu napełnienia chłodnicy wodą z pobliskiego strumienia. Zza zakrętu wyłania się przełęcz. Długimi serpentynami, po wyboistej drodze dojeżdżamy na nią. Przełęcz ma ponad 3800 metrów n.p.m., często spowita jest chmurami, na okolicznych wzgórzach leży śnieg. Góry dookoła wydają się dzikie i niezamieszkałe. Po zjeździe z przełęczy następuje jednak zdziwienie, pojawia się asfalt. Z wielkimi dziurami, zaniedbany, wielkie kamienie czasem leżą na środku. Mkniemy raźno dalej po czarnej drodze zastanawiając się kto wybudował taką drogę środku gór. Odpowiedź leży prawie u końca naszej drogi do celu. Mijamy wojskowy posterunek i wjeżdżamy na teren starej na pierwszy rzut oka fabryki. Zagadnięty kierowca odpowiada, że to pozostałości po Rosjanach. Na dwa lata przed upadkiem Związku Radzieckiego zaczęto tutaj budować wielkie blokowiska, hale fabryczne, ściągnięto ludzi do pracy. Fabryka ruszyła i... Związek Radziecki przestał istnieć. Rosjanie odeszli zostawiając niewykończone budynki oraz większość sprzętu. Bloki mieszkalne opustoszały. Obecnie w środku pięknych, majestatycznych gór straszą zeżarte rdzą ogromne metalowe konstrukcje, betonowe fundamenty czy gołe, nieotynkowane ściany kilkupiętrowych domów ziejące czarnymi dziurami okien bez ram.
Jeszcze kilkanaście minut po bitej drodze i jesteśmy w Majda Adyrze. Podjeżdżamy najpierw do bazy wojskowej, pełniącej teraz rolę posterunku granicznego. Rozlega się gwizd, wychodzi zaspany żołnierz, podaje wszystkim rękę i znudzony sprawdza nasze dokumenty. Oddaje je, a my wjeżdżamy do postawionego na pobliskiej łące obozu Tien-Szan Travel. Obecnie bardzo popularnego miejsca przerzutowego do bazy pod Chan Tengri i Pikiem Pobiedy, a także bazy wypadowej na pieszej lub konnej włóczęgi po okolicznych górach i lodowcu Inylczek. Każdego roku przyjeżdża coraz więcej turystów, wspinacze powoli stanowią mniejszość. Stąd można polecieć helikopterem właściwie w dowolne miejce lodowca, w tym nad popularne ostatnio jezioro Merzbacher. Wielka niecka na środku lodowca Inylczek napełnia się wodą przez długie miesiące. Znad błękitnej tafli wyrastają wielkie lodowe góry. Zazwyczaj na początku sierpnia następuje przełom, w jednym dniu cała woda wypływa z jeziora i spływa w dół lodowca. W niecce zostają samotne seraki i zwały lodu. Wiele osób leci helikopterem do bazy pod Chanem, tam spędza kilka dni na włóczędze i wraca do Majda Adyru.
Do bazy można dostać się także na piechotę. Około 40 kilometrów droga wiedzie wzdłuż rzeki i długiej, utworzonej przez lodowiec doliny. Potem wchodzimy na lodowiec i drugie 40 kilometrów idziemy jego skrajem, co pewien czas przecinając wypływające z sąsiednich dolin rzeki lodu i kamieni. Całość drogi to 3 do 6 dni włóczęgi po bezdrożach, gdzie rzadko można kogoś spotkać. Dlatego wiele osób decyduje się na transport helikopterem, zaledwie pół godziny lotu.
17 kilometrów w stronę czoła lodowca leży ostatnia ludzka przystań, Andżajlo. Kilka domów, spory kurnik, stajnia, obowiązkowa bania. Można tu znaleźć wygodne łóżko, wykupić pełne wyżywienie za rozsądną cenę. Okolica przepiękna, świetna baza wypadowa do wędrówki po okolicznych górach. Jeśli ktoś boi się samotnie, znajdzie się też oczywiście przewodnik, który pokaże piękniejsze szczyty i przełęcze, poopowiada o kirgiskich zwyczajach i zapewne poczęstuje wódką. Poznałem tamtejszych, przesympatycznych gospodarzy. Kucharka jest Rosjanką, więc oprócz nie dla każdego strawnej kuchni kirgiskiej, można poznać co pojawia się na rosyjskich stołach. W drodze do jak i z Majda Adyru zawsze wstępowałem do Andżajlo wypocząć i najeść się do syta. A bania... marzenie, szczególnie po kilku tygodniach spędzonych w śniegu i lodzie na atakowaniu góry...
|
|
DŻET-OGUZ KURORT
|
|
Z Karakołu do Dżet-Oguz autobus kursuje raz dziennie, około godziny 16-tej. Kierowca nocuje w tej małej miejscowości i z powrotem wraca do miasta o 8 rano. Dojeżdżam do kurortu, trasa wiedzie w górę rwącej rzeki, wzdłuż ślicznej doliny otoczonej niewysokimi, zielonymi wzgórzami. Nagle dolina zwęża się, u jej wrót wyrastają czerwone, dosyć wysokie, piaskowe skały. Zaraz za zwężeniem dostrzegam kilka zaniedbanych, drewnianych chat oraz wielki, szary budynek. Autobus zatrzymuje się. Większość pasażerów to kirgiscy wieśniacy wracający z Karakołu z targu. Jest też kilka lepiej ubranych osób, które nie chwytają worków z mąką, czy pudeł z kurczakami, tylko porządnie wyglądające torby. Udają się w kierunku obrzydliwego, szarego budynku. To pozostałości po kwitnącym kiedyś sanatorium. Teraz przyjeżdża tutaj dużo mniej osób i kurort dawn zapomniał czasy swojej świetności, jednak nadal funkcjonuje. Większość mieszkańców Dżet-Oguz pracuje jako obsługa pacjentów, sprząta budynki, czy zajmuje się zaopatrzeniem. Nadal oczywiście każda chata jest praktycznie samowystarczalna, jak wszędzie w Kirgizji obok wiejskich chat pasą się krowy, konie, ujadają psy. Nocleg znajduję u bardzo sympatycznej kobiety, która pracuje jako sprzątaczka, jej osiemnastoletni syn zaś zajmuje się masażem pacjentów. Ojciec umarł trzy lata temu i syn przejął jego pracę
Rano ruszam w górę, na przechadzkę pomiędzy skałami. Spotykam jakiegoś tubylca, który mi tłumaczy, że nie w skałach tkwi piękno Dżet-Oguz. Namawia mnie, żebym poszedł w górę, do doliny, w której kiedyś mieszkali i szkolili się radzieccy kosmonauci. Czemu nie miałbym go posłuchać? Droga wiedzie zalesionym, przepięknym wąwozem, wzdłuż górskiego strumienia. Co pewien czas brzeg, po którym idę podchodzi blisko skał i trzeba przechodzić przez drewniane mosty. Naliczyłem ich pięć . kiedy wąwóz rozszerza się i kończy. Droga staje się trochę bardziej stroma. Kiedy w końcu wychodzę na mały pagórek, staję zdumiony. Przede mną rozpościera się szeroka dolina. Na wielkich pastwiskach pasą się stada koni i mnóstwo krów. Co pewien czas stoi samotna jurta. Czasem przejedzie w oddali Kirgiz na koniu, pozdrowi wyciągnięciem ręki i pogna dalej.
Zachodzę z ciekawości do jednej z jurt. Wita mnie para starszych ludzi, około sześćdziesiątki. Właśnie przyrządzają herbatę, na którą oczywiście serdeczne mnie zapraszają. Ucinamy sobie miłą pogawędkę. Bez trudu dają namówić się na zrobienie im zdjęcia. Kirgiz wchodzi jeszcze na chwilę do jurty i wychodzi w tradycyjnej czapce. Potem notuję ich adres, zazwyczaj ludzie proszą, aby przysłać im ich zdjęcie. Pełen pozytywnych wibracji idę jeszcze na włóczęgę po ślicznej dolinie. Po dłuższym czasie zawracam i udaję się z powrotem w stronę sanatorium. Mijam domy i jeszcze długo chodzę pod ślicznymi, czerwonymi skałami. Rano jadę do Karakołu, by wykąpać się w orzeźwiających wodach jeziora Issyk-Kul.
|
|
CZOŁPON-ATA
|
|
Autobus z Karakołu mknie po wyśmienitej, jak na tutejsze warunki, drodze. Po lewej stronie widzę już taflę jeziora. Po prawej góry raz przybliżają się, raz oddalają. Przy ulicy widać coraz więcej domów. Oprócz starych, drewnianych chałup, coraz częściej prosto ze stepu wyrastają kilkupiętrowe, szare bloki. Mijamy Bosteri, widać coraz więcej sklepów i barów. Po kilku minutach po obydwu stronach drogi ciągną się długie szeregi namiotów i jurt. To także są bary, których w rejonie Czołpon-Aty i w samym mieście jest naprawdę bardzo wiele. Mijamy kamienny napis, który wita białymi literami gości w najbardziej popularnym, tłumnie odwiedzanym turystycznym ośrodku Kirgizji. Przybywają tu ludzie pragnący wykąpać się w ciepłych wodach jeziora Issyk-Kul i wypocząć wśród górskich, często ośnieżonych szczytów.
Dworzec autobusowy jest prawie na końcu miasta. Zabieram plecak i wolnym krokiem idę z powrotem, w stronę centrum. Ilość kantorów, które nagle mnie otoczyły jest zadziwiająca. Są wszędzie, nawet w aptece i wulkanizacji. Euro można tu sprzedać po całkiem sensownym kursie (43,5 soma), jednak na dolarach wszyscy okrutnie zdzierają, dają tylko 44 somy, prawie o 2 somy mniej niż w innych miejscowościach. Turyści są wszędzie, za to ze świecą trzeba szukać tradycyjnego, kirgiskiego folkloru, spiczastych czapek, koni na ulicach...
Trzeba sprawdzić, co można ciekawego robić w takim mieście. Na mojej mapie widnieje napis: petroglify. Wypytuję taksówkarzy i po jakiejś godzinie wolnego marszu jestem na peryferiach miasta, u wrót całkiem sporej, usłanej kamieniami łąki. Na tych kamieniach, zazwyczaj wielkości, kilku arbuzów razem wziętych, koczownicze plemiona idące na podbój Europy wyryły swoje znaki.. Niektóre z nich datowane są na IV-V wiek, większość jednak pochodzi z początków X wieku. Łąka kończy się zboczami pobliskich gór, których najwyższe szczyty przekraczają 5000 m.n.p.m. W dole widać zatopione w kurzu Czołpon-Ata, oraz ogromna, spokojną taflę jeziora Issyk-Kul. Nagle koło mnie pojawia się miły pan, dzierżący reklamówkę w ręku. Stwierdza, że jest strażnikiem tutejszych kamieni, oraz przewodnikiem. Oczywiście wstęp kosztuje (zaledwie 20 somów), a przewodnictwo gratis. Cóż, mam mnóstwo wolnego czasu, postanawiam wysłuchać miłego pana. Mówi zwięźle i interesująco, nie tylko o rysunkach naskalnych, ale także o ich historii, oraz dziejach regionu. Tłumaczy czemu to wielkie pole usłane kamieniami było tak ważne dla koczowniczych ludów, dlaczego wiele kamieni poukładanych jest w charakterystyczny sposób. Do tego opowiada mnóstwo ciekawostek. Po ponad pół godzinie kończymy naszą przechadzkę i udaję się z powrotem do centrum. Mijam stary , podniszczony, muzułmański cmentarz. Po drodze wstępuję jeszcze do jednej z chat i zapewniam sobie nocleg. W Czołpon-Ata przy wielu domach stoją tabliczki informujące, że są wolne pokoje do wynajęcia.
Większość turystów przybywa do Czołpon-Ata na kilka dni. Ich głównym celem są plaże, których w całym mieście jest kilkanaście. Postanawiam odwiedzić jedną z nich. W miarę zbliżania się do jeziora gwałtownie rośnie liczba barów, sklepów oraz ludzi sprzedających lody, chłodne napoje, owoce, orzeszki, czy tutejszy przysmak: wędzone lub smażone ryby. Wiele osób powoli przechadza się z ręcznikami, siatkami pełnymi jedzenia, w plażowych strojach. I wielu już siedzi w barach zajadając tutejsze przysmaki po cenach często 2 razy wyższych niż w innych częściach Kirgizji. W obecnym sezonie stawka za posiłek w większości barów to 55 somów, tak głoszą wielkie napisy umieszczone dosłownie co kilka kroków. Do obiadu zazwyczaj dokupuje się lepioszke, herbatę i razem obiad wynosi nas około 80 somów. To dużo jak na Kirgizję...
Najbardziej jestem zaskoczony, gdy docieram do płotu i bramy. Muszę zapłacić jeszcze za wejście na plażę. Niewiele, bo zaledwie 5 somów... Plaża zatłoczona jest ludźmi, woda przyjemnie chłodna i fantastyczna do kąpieli. Znudzeni pływaniem lub zabawami w piasku mogą wypożyczyć sobie łódkę lub rower wodny. Krzyki, piski, plusk wody, jednym słowem miejska plaża wielkiej, wypoczynkowej miejscowości.
Co jeszcze można porabiać poza kąpielami w Czołpon-Ata? Jest to miasto stworzone do leniuchowania, jedzenia i wypoczynku. Jeśli ktoś nagle zapragnie aktywniej wypoczywać, może pójść w pobliskie góry, albo do muzeum. Jeśli o mnie chodzi, to jednak bez żalu następnego dnia opuszczam gwarną i rojną miejscowość i jadę w poszukiwaniu szczątków prawdziwej, koczowniczej Kirgizji. Nad jezioro Song-Kul...
|
|
JEZIORO ISSYK-KUL
|
|
Wielkie jezioro zajmujące ogromny obszar w północno-wschodniej Kirgizji zaskoczyć może każdego. I każdy może znaleźć tu dla siebie coś odpowiedniego. Z Biszkeku do Karakołu, znajdującego się na wschodnim krańcu jeziora można dojechać dwiema drogami. Dobra jezdnia, na północy, wiedzie przez turystyczne Czołpon-Ata. Duża gorsza nawierzchnia prowadzi wzdłuż południowych brzegów jeziora, które są jednak dużo bardziej malownicze i odludne niż północne. Na północy kursują porządne, długodystansowe autokary. Na południu zniszczone i rozwalające się lokalne autobusy.
Do wód jeziora można dostać się w wielu miejscach, od najbardziej popularnych kąpielisk w Czołpon-Ata, do zarośniętych trzciną brzegów w małych miejscowościach. Góry ciągnące się wzdłuż granicy z Kazachstanem w większości przekraczają 4000 metrów, najwyższy wierzchołek wyrasta w okolicach Czołpon-Ata i osiąga 4771 metrów n.p.m. Niższe partie gór, to kamieniste, porośnięte pożółkłą często trawą zbocza.
Nad jeziorem utworzono 5 ścisłych rezerwatów przyrody. Największy z nich znajduje się na południe od Bałykczy, miejscowości leżącej na zachodnim brzegu jeziora. Południowa strona jeziora jest dużo uboższa. Kursujące tutaj autobusy jeżdżą wyładowane po brzegi wiejskim inwentarzem i tubylcami, mają też tendencję do częstego psucia się. Tutaj przyjeżdżają ludzie pragnący poznać kirgiskie zwyczaje, napić się prawdziwego kumysu, a także nie boją się mnóstwa niewygód. Góry podchodzą często bardzo blisko brzegów jeziora, okolice często są dzikie i niedostępne. Ale za to jakże piękne.
|
|
[część II - jezioro Song-Kul]
[część III - zwyczaje]
Powrót na górę strony
|
jesteś w >>>główna/reportaże/Kirgizja 2002 |
|