| |
KONIE, JURTY I SZEROKIE STEPY, CZYLI WŁÓCZĘGA PO KIRGZJI
CZĘŚĆ II - OKOLICE SONG-KUL I BISZKEKU
|
|
[jezioro song-kul]
[naryn, kazarman]
[okolice biszkeku]
|
|
NAD JEZIOREM SONG-KUL
|
|
Do Koczkorki, miasta w centralno-wschodniej Kirgizji, około 100 kilometrów na północny wschód od jeziora Song-Kul, dotarłem w zaskakująco szybkim tempie. W Bałykczy wsiadłem w autobus wyładowany po brzegi bagażami udający się do Min Kusz. Zaraz po mnie zaczęli wsiadać inni ludzie. Tłok nagle zrobił się niesamowity. Kierowca zaczął na mnie krzyczeć kiedy tylko mnie zobaczył. Okazało się, że już dawno w tym autobusie nie ma miejsca i z Bałykczy można godzinami próbować wyjechać w stronę Min Kusz. Ludzie, którzy wsiadali tuż po mnie, przyjechali wcześniej tym samym autobusem i na postoju wyszli rozprostować kości. Pokrzyczał, pokrzyczał, ale jechać pozwolił, skoro już siedziałem. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Koczkorki. Tam poszedłem na postój taksówek. Ceny za transport nad Song-Kul okazały się niebanalne. Po długich targach udało mi się zabrać za 750 somów, prawie trzykrotnie mniej niż standardowa cena.
Jadę czerwoną, rzężącą Niwą. Najpierw 40 kilometrów po jezdni w stronę Narynu, wśród niewysokich, trawiastych wzgórz. Mijamy po drodze jedną, wysoką przełęcz, na której oczywiście asfaltu nie ma. Niwa troszkę się zagrzała, ale przetrwała. Dojeżdżamy do rozjazdu. Stary zatarty znak pokazuje na bitą drogę wiodącą między wysokie wzgórza. Ruszamy, góry dookoła stają się coraz wyższe. Z trudem wjeżdżamy na niewielką przełęcz i raźno mkniemy w dół do całkiem sporej doliny. Przed nami wysokie pasmo górskie. Zagłębiamy się w nie, powoli, coraz wolniej, mozolnie zyskujemy wysokość. Po ponad godzinie docieramy na przełęcz liczącą sobie ponad 4000 metrów. Na zielonej trawie pasie się ogromne stado jaków, kilkadziesiąt metrów od drogi połyskują szaro-białe płaty śniegu. Zaczynamy zjeżdżać wśród zielono-żółtego stepu. Poprzez mgłę, gdyż pogoda nam dzisiaj nie dopisuje, dostrzegam błyszczącą taflę jeziora, która zlewa się na horyzonce z chmurami. Widać już pierwsze jurty. Niektóre z nich opatrzone są widocznym z daleka napisem: "shepherd's life". Ze znalezieniem noclegu nie ma zatem tutaj żadnego problemu. Jak się potem okazuje, rzeczone jurty zapewniają również pełne wyżywienie. My kierujemy się do jurty kuzyna mojego kierowcy. Trafiamy na wyjątkowy dzień.
Jezioro Song-Kul to Mekka zarówno dla ludzi kochających włóczęgi po górach, jak i lubiących spokojny wypoczynek nad wodą. Tafla wody znajduje się na poziomie 3019 metrów n.p.m. Jezioro otoczone jest ze wszystkich stron górami, często pokrytymi śniegiem, a najniższe, okoliczne przełęcze nie schodzą poniżej 4000 metrów n.p.m. Większość szczytów przekracza 4500 metrów n.p.m. Poprzez górskie łąki, wierzchołki i przełęcze wiedzie wiele szlaków. Można je znaleźć tylko na mapach kartograficznych (do kupienia wyłącznie w Centralnym Biurze Kartograficznym w Biszkeku), gdyż większość okolicznych terenów, mimo całkiem sporej ilości turystów pozostaje dzika. W praktyce najlepiej iść poprze góry na azymut. Dla zmęczonych wędrowców jurty są miłą przerwą. Można w nich zjeść naprawdę wiele pysznych potrawa, przespać się, czy w ramach przerwy od chodzenia wynająć za niewielkie pieniądze konia (50 somów za godzinę). Kilka godzin spędzonych w kirgiskim siodle, na wielkich zielono-żółtych łąkach, pośród stad owiec i krów, jest naprawdę fantastycznym przeżyciem.
Jadę na koniu. Czasem spotykam jakiegoś Kirgiza, unosi dłoń w geście pozdrowienia, czasem ucinamy sobie krótką pogawędkę i oddalamy się każdy w swoją stronę. Wieczorem dojeżdżam do swojej jurty. Mijam kilka innych, wszystkie tętnią życiem. Podjeżdża jakiś samochód, kierowca wychodzi, otwiera drzwi na oścież i puszcza muzykę. Schodzą się autochtoni i turyści z innych jurt. Zaczynają się tańce, pojawiają się coraz to nowe butelki wódki. Na szczęście moja jurta leży trochę na uboczu, będę mógł spać spokojnie...
Włóczyłem się po okolicznych górach, jeździłem na koniu, jadłem bieszparmak, piłem świeży kumys, patrzyłem jak dzieciaki na koniach harcują poganiając i drażniąc byki i niestety w końcu nadszedł czas wymarszu. Rano spakowałem plecak, zjadłem z moimi gospodarzami śniadanie i wyruszyłem piechotą ku najbliższej drodze. Dalej na południe Kirgizji.
|
|
OKOLICE SONG-KUL, NARYN, DROGA DO KAZARMANU I OSZ
|
|
Z Song-Kul na piechotę można wydostać się na kilka sposobów. Najkrótszą trasa, na północ, dojdziemy w okolicę przełęczy Kyz-Art, położonej na drodze z Min-Kusz do Koczkorki, po której jeździ całkiem sporo samochodów i autobusów. Można też udać się na wschód, aby dotrzeć do drogi Naryn-Koczkorka, lub na południe do Ak-Tał. Południowe rejony jeziora wraz z okolicznymi górami i przełęczami są dużo bardziej dzikie i odludne niż wschodnie i północne.
Szedłem spokojnie wzdłuż brzegów jeziora, z wyborem drogi zdając się na los. Nadjechał jakiś samochód, przystanął. Kierowca jedzie do Koczkorki, wskakuję zadowolony ze szczęśliwego trafu i kolejne 50 kilometrów na wschód przejeżdżam w komfortowych warunkach. Mijamy znajomą mi przełęcz, ogromne stado jaków nadal się na niej pasie. Potem dolina, druga, mniejsza przełęcz i już jesteśmy na asfaltowej drodze. Decyduję się pojechać do Osz przez Naryn i Kazarman. Kierowca jedzie zatem w przeciwną stronę, zabieram plecak i zostaję sam na rozgrzanym asfalcie. Żar bucha z nieba, samochody prawie w ogóle nie przejeżdżają. Jeśli już jakiś jedzie, to wypchany po same brzegi pasażerami. W Kirgizji prawie każdy samochód to taksówka. Często wożenie ludzi jest jedynym sposobem na jakikolwiek zarobek. W czteroosobowym samochodzie nierzadko siedzi i ośmiu pasażerów... Po godzinie czekania zabiera mnie jakiś bus, zostaję upchnięty w jakimś ciasnym kącie i jedziemy.
Przejeżdżamy przez sporą przełęcz, zjeżdżamy do doliny otoczonej górami. Jest naprawdę przepięknie. Po pół godzinie docieramy do dosyć sporego kanionu. Ściany czerwone, wysokie na ponad sto metrów, widoki tak niesamowite, że dech w piersi zapiera. Pod koniec wąwozu wita nas wielka rzeźba wojownika, nad którą góruje pęk włóczni. Jest to częsty widok w górach Kirgizji: wielkie i mniejsze socrealistyczne rzeźby szpecące fantastyczne miejsca. Wjeżdżamy do Narynu. Miasto położone jest nad rzeką, wzdłuż której ciągną się olśniewające, często wyglądające na pustynne, góry oraz długi mur wysokich, pionowych, czerwonych skał. Mój autobus skręca więc wysiadam. Idę powoli w stronę centrum, patrzę ze zdziwieniem na nadjeżdżający trolejbus. Szykuje się zatem całkiem spore miasto. Dojeżdżam do centrum, gdzie na głównym placu stoi nieśmiertelny Towarzysz z wyciągniętą ręką. Jeszcze dwa przystanki i wysiadam na dworcu autobusowym. Czeka mnie przykre rozczarowanie: autobus do Kazarmanu odjechał dziś rano. Następny będzie za cztery dni, we wtorek. Sympatyczna pani w kasie udziela mi informacji, że być może w Baetowie, miejscowości odległej od Narynu o 100 kilometrów, częściej jeżdżą autobusy w interesującą mnie stronę. Idę zatem powłóczyć się po mieście. Czerwone skały kończą się po dłuższym czasie, w zamian po horyzont widać beżowe, pocięte wąwozami wzgórza. Jeszcze idę zwiedzić cmentarz muzułmański pięknie wkomponowany w jedno z okolicznych zboczy.
Zmęczony upałem schodzę z powrotem do miasta. Autobus do Baetowa odjeżdża raz dziennie, rano. Postanawiam wcześniej się tam dostać. Jadę trolejbusem do wylotowej ulicy. Okazuje się, że w jednym z miejsc czeka już tłumek ludzi. Podobno ma przyjechać jakiś autobus z Biszkeku. Czekamy dwie godziny, kolejni ludzie dochodzą, ale nic nie przyjeżdża. Przy okazji próbujemy złapać jakiś samochód, albo marszrutkę. Faktem, że autobus nie przyjechał, tubylcy nie są wcale zdziwieni.
W końcu znajdujemy transport. Jest już prawie ciemno. Jedziemy wzdłuż rzeki i czerwonego kanionu, potem wjeżdżamy pomiędzy piaskowe wzgórza. Jeszcze tylko mijamy niewysoką przełęcz i zjeżdżamy do długiej płaskiej doliny. Zapada zmrok.
Baetowo położone jest na równinie, góry majaczą na horyzoncie. W samej miejscowości nie ma nic ciekawego do oglądania i robienia. Rano lecę na dworzec. Już nauczyłem się, że większość autobusó w południowej Kirgizji odjeżdża tylko rankiem. Oczywiście żaden autobus do Kazarmanu nie jedzie. Zostaje mi albo czekać do wtorku, albo wrócić do Biszkeku i poprzez stolicę pojechać do Osz. Dobrze się składa, za 10 minut ma być planowo autobus do Biszkeku. Czekamy cierpliwie wraz z kilkoma innymi osobami ze dwie godziny. Nie przyjeżdża. Kirgizi odchodzą do swych domów.
- może przyjedzie jutro - powiadają spokojnie - wczoraj też nie przyjechał - ktoś dodaje na pocieszenie.
Postanawiam pojechać do Ak-Tał i tam wyjść na drogę do Kazarmanu. Może uda mi się złapać jakąś taksówkę, albo ciężarówkę jadącą akurat w tamtą stronę/ Nęci mnie wizja przejazdu przez malowniczą Kaldama pass do Dżal-Abad, choć ta podróż (zaledwie 200 kilometrów) może zająć kilka dni. W najgorszym razie pojadę wtorkowym autobusem do Kazarmanu, albo wrócę do Biszkeku.
|
|
OKOLICE BISZKEKU
|
|
W Tokmok, miejscowości niedaleko Biszkeku zatrzymuję się na noc. Przed zaśnięciem jednak idę jeszcze na dworzec autobusowy, sprawdzić połączenie z niedaleką, interesującą mnie wioską - Buraną. Dworzec pełen ludzi, głównie oferujących transport do Biszkeku. Taksówkarze zachęcają, kierowcy marszrutek głośno nawołują, megafon dworcowy krzyczy niezrozumiale. Z całego zgiełku jedno słowo można wyłowić bezbłędnie, powtarzane tysiące razy w ciągu godziny: "Biszkek". Autobus odjeżdża o 6.40 rano. 20 minut wcześniej czekam już na dworcu. Kierowca przyjeżdża zaledwie kwadrans spóźniony i po niecałej półgodzinie jestem w Buranie.
Słońce już zaczyna przypiekać mimo, że ledwo pojawiło się nad linia zamglonych gór. Na zielonym polu stoi szara, niewysoka wieża. Obok niewielki dom, jak się potem okazuje mieści się w nim muzeum. Przechodzę przez bramę, do moich uszu dobiega śpiew, a raczej zawodzenie. Ktoś odprawia modły na wieży. Wchodzę wąskimi schodami na jej szczyt. Kiedy jestem w połowie, śpiew ustaje i po chwili mija mnie dwóch Kirgizów o natchnionych twarzach. Mijanka przebiega w miarę bezkolizyjnie, mimo, że przejście ma niecały metr szerokości. Wchodzę na dach. Wieża ta, to minaret, którego początki datowane są na XI wiek. Krajobraz dookoła wspaniały, majaczące w oddali góry, pola zielonego zboża i żółtych słoneczników, cicha i pusta okolica. U stóp minaretu znajduje się jeszcze kilka fundamentów istniejących tu kiedyś budynków. Niedługo nadjedzie mój autobus, schodzę na dół i opuszczam to spokojne i bardzo przyjemne miejsce.
Po drodze do Biszkeku zawadzam o riuny w Krasnej Rieczce, które tubylcy nazywają Kriepast'. Na środku spalonego słońcem pola stoją trzy różnej wielkości kopce. Jeden z nich to główne wykopaliska osady sprzed tysiąca lat. Moim zdaniem, ruiny warte oglądania tylko dla pasjonatów. Słońce praży niemiłosiernie, zbliża się południe. Po drodze zaczepiam jakiegoś pracującego na polu mężczyznę i pytam, czy nie odsprzeda mi melona. Okazuje się, że jest Turkiem, patrzy na mnie badawczo przez chwile i po krótkim wahaniu zaprasza na poczęstunek do swojej chatki. Siedzi tam jeszcze trzech innych Turków. Okazuje się, że znaleźli się tutaj poprzez Stalina, który swego czasu zesłał wielu Turków do pracy w kołchozach. Po upadku Związku Radzieckiego nie mogli już powrócić do kraju, zatem każdy z nich spokojnie uprawia swoją ziemię, sadzi arbuzy, pomidory i melony i marzy o podróżach. Od opowieści o Europie nie mogą się oderwać. Opuszczam to przesympatyczne miejsce po dwóch godzinach przepełniony arbuzami i pomidorami po same brzegi, z siatką pełną kolejnych pomidorów i dwóch wielkich melonów. Po kolejnej godzinie ląduję w Biszkeku. Wysiadam na Dworcu Wschodnim, szybko jadę do hotelu, który już znam z zeszłego roku. Potem wychodzę na miasto na porządną kolację.
|
|
[część I - jezioro Issyk-Kul i Karakoł]
[część III - zwyczaje]
Powrót na górę strony
|
jesteś w >>>główna/reportaże/Kirgizja 2002 część II |
|