BEZNYNA, ARBUZY I BIESZPARMAK
CZĘŚĆ III OPOWIEŚCI O KIRGIZJI


  [o kirgizkim stole] [co to jest szorpo i bieszparmak] [benzyna, taksówki i arbuzy]
 

TROCHĘ O TYPOWYM KIRGISKIM STOLE

Często przydarzało mi się spać na wsi w domu typowej, kirgiskiej rodziny. Zawsze ugaszczano mnie posiłkiem, taki tu panuje zwyczaj. Jeśli gość zawita pod strzechę, lub do jurty, musi coś zjeść. Nawet jeśli nie jest głodny. Nie wypada odmówić gospodarzom. Szybko nauczyłem się tego dosyć wygodnego zwyczaju i nie najadałem się przed znalezieniem noclegu.

Stół zazwyczaj jest niski, zbiera się przy nim cała rodzina. Dookoła leżą porozrzucane barwne dywany i poduszki na których biesiadnicy zasiadają. Jedna osoba, zazwyczaj gospodyni, zarządza podczas całego posiłku herbatą. Wypatruje bacznie, czy komuś jej nie brakuje. Gospodarz rwie na kawałki lepioszki i chleb i rozrzuca po całym stole, tak by każdy mógł sięgnąć po kawałek. Zaczyna się posiłek.

Na początek wjeżdża gorący posiłek, przyrządzony zazwyczaj w oparciu o makaron lub kaszę. Na bazarach można kupić kilkadziesiąt rodzajów i jednego i drugiego. Oprócz tego stoi kilka miseczek, w których można znaleźć domowej roboty masło i śmietanę, przypiekane i wyprażone mięso w małych kawałkach, różnego rodzaju dżemy, najczęściej morelowe lub śliwkowe. Sztućce często są zbędne, nawet do dania głównego. Kawałkami lepioszki lub chleba wybiera się masło, śmietanę i inne przysmaki z podanych misek. Oprócz tego dżemy służą do słodzenia herbaty. Jeśli jest jakaś specjalna okazja, na stole gospodyni kładzie jakąś wędlinę. Kirgizi jedzą bardzo dużo mięsa i potraw mięsnych, ale wędlina uważana jest za coś wykwintnego. Herbaty nie może nigdy zabraknąć i podczas jednego posiłku każdy wypija kilka lub kilkanaście miseczek. Darmo jednak szukać mocno zaparzonego nawaru. Herbata jest słabiutka, czasem prawie bez koloru. O mocniejszą należy specjalnie poprosić.

Poczęstunek kończy się charakterystycznym, dziękczynnym gestem, w którym obiema rękami jakby obmywamy twarz i słowem: "omin". Potem możemy już wstać od stołu.

CO TO JEST BIESZPARMAK I SZORPO?

Po kilku kilometrach wzdłuż jeziora docieramy do jurty kuzyna mojego taksówkarza. Witamy gospodarzy i zaraz staje się jasne, że pan domu ma dziś urodziny. Ledwie zdążam wypakować przemoczone rzeczy z plecaka, kiedy słyszę rozpaczliwy bek owiec. Kilku Kirgizów zagania stado owiec, wypatrując jakiegoś młodego jagnięcia. Wybierają je dosyć szybko, następne pół godziny trwa wyłowienie go ze stada. W końcu udaje im się. Prowadzą spętane jagnię do jurty. W międzyczasie przyszło już kilku sąsiadów. Też dostaję zaproszenie, siadamy przy niskim stole, pojawia się pierwsza butelka wódki. Gospodarz z jednym z sąsiadów kładą jagnię w jurcie, niedaleko od stołu, podstawiają wielka, metalową balię, po czym z wprawą je zarzynają. Nawet nie beknęło. Zdejmują skórę, walcząc dosyć długo z opornym ciałem. Na zewnątrz jest dosyć chłodno, toteż z oprawianego jagnięcia biją kłęby pary. Zwierzę po oprawieniu zostaje poćwiartowane, teraz kobiety zajmują się przetwarzaniem różnych części ciała. Przygotowują kiełbasę z jelit, faszerują żołądek pieprzem, oczyszczają serce z krwi, czyszczą głowę i kopyta, kroją mięso i wnętrzności. Robota wre na całego. Co pewien czas wpada jakiś sąsiad, wypija kolejkę za zdrowie gospodarza i wraca do swoich obowiązków.

Misa pełna wnętrzności, kiełbas, mięsa, z dodatkiem baraniej głowy staje na pełnym ogniu. Siedzę w środku całego zamieszanie i fotografuję. Zapowiada się wieczorem huczna uczta! Po kilku godzinach gotowania gospodarze i sąsiedzi zbierają się ponownie. Misa zostaje zdjęta z ognia, wywar zlany do garnka i potem rozlewany do miseczek. Każdy się musi napić tradycyjnego szorpo. Razem z kumysem i herbatą to jeden z najpopularniejszych, tradycyjnych napojów. Szorpo smakuje mi zupełnie inaczej, niż to sprzedawane na ulicy. Śmierdzi świeżym mięsem i już zaczynam bać się o mój żołądek. Wiem, że żadnego smakołyka nie będę mógł odmówić, aby nie obrazić gospodarzy...

Gospodyni wyciąga z misy kiełbasę i kości z kawałkami mięsa. Każdy dostaje swój kawałek. Z ledwością przełykam kęs za kęsem. Potem każdy dostaje pocięte kawałki tłuszczu z zadu jagnięcia i plastry wątroby i nerek. Wszystko gotowane bez soli. Jeden z gości, za przyzwoleniem gospodarza, wyciąga z misy ugotowaną głowę zwierzęcia. Nacina skórę wzdłuż czaszki, od nosa po kark. Ściąga ją z jednej połowy głowy, kroi na małe kawałki, kładzie na talerzu i wszystkim rozdaje. Każdy zajada, traktując te kawałki jako niesamowity przysmak. Potem chwila przerwy, z radością witam kolejną kolejkę wódki. Muszę trochę przepłukać gardło.

Gospodyni gotuje długi makaron. Potem serwuje go z kawałkami mięsa, całość polaną szorpo. Bieszparmak, bo tak nazywa się owa potrawa, tradycyjnie jemy rękami. Można zabierać prosto z półmiska. Lub posłużyć się swoim talerzem. Ucztę kończy podanie żołądka nadziewanego pieprzem, serca i pozostałych resztek wnętrzności. Kiedy gospodyni chce mi nalać po raz kolejny szorpo, proszę o herbatę. W końcu następuje rytualny gest i można już bez obrazy gospodarzy oddalić się od stołu. Przesiąknięty zapachem świeżego, gotowanego mięsa, z lekkim szumem w głowie po kilku kolejkach, wychodzę z jurty. Uczta urodzinowa gospodarza dobiegła końca. Choć on sam będzie jeszcze długo pił z sąsiadami, zapasy mają całkiem spore...

BENZYNA, TAKSÓWKI I ARBUZY

Pierwszy raz, gdy zobaczyłem tutejszą stację benzynową, długo patrzyłem z niedowierzaniem. Stała, udawało się zatankować i nie wybuchła. W miarę upływu czasu okazało się, że owe stacje funkcjonują całkiem sprawnie i jest ich całkiem sporo. Oferują diesla i zazwyczaj benzynę 80-cio oktanową. 93 oktany to już rarytas, a w mniej uczęszczanych, biedniejszych rejonach można zaopatrzyć się głównie w 76 lub 73 oktanowe paliwo. Wokół stacji często wyrastają jurty, namioty, stare wagony lub inne budy oferujące kumys i jedzenie. Ci, którzy pragną oszczędzić trochę pieniędzy mogą kupić benzynę sprzedawaną na ulicy, ze starych kanistrów, plastikowych butelek i pojemników wszelkiej maści. Mnóstwo ludzi wychodzi na główne, wylotowe ulice z miast i miasteczek i sprzedaje paliwo i olej napędowy po niskich cenach. Nieraz zadawałem sobie pytanie: "skąd oni biorą tą benzynę i jaka jest jej jakość?". Dodatkowo wszyscy sprzedający mają w ofercie kumys. Napój ten, wyrabiany z owczego mleka można kupić wszędzie. I każdy rodowity Kirgiz pije go litrami. Mnie nie smakował...

Na ulicy można kupić jeszcze wiele innych rzeczy oprócz kumysu i benzyny. W okresie letnim tony arbuzów sprzedawane są za śmiesznie niskie ceny, 1-2 somy za kilogram. Wielkie, zielone kule piętrzą się wielkimi górami przy wjeździe do każdej większej miejscowości. Przez pewien czas zastanawiałem się, co łatwiej kupić: arbuzy, czy benzynę? Po kilku dniach spędzonych na południu Kirgizji nie miałem już wątpliwości. Benzynę można kupić wszędzie, w razie czego ktoś spuści ją ze swojego samochodu i sprzeda, arbuzów czasem nie spotykałem.

Już wychodząc z lotniska w Biszkeku napotykamy tłum nachalnych taksówkarzy, którzy nie dają człowiekowi spokoju, aż wsiądzie do autobusu. Czasem nawet wsiadają i natarczywie nagabują go w autobusie oferują przejazd. Tego typu przewoźnikom nie można ulec, potrafią obedrzeć swoją ofiarę z poważnych kwot. Są ludzie, którzy za transport z lotniska do centrum (godzina jazdy autobusem) płacą 20 USD. Autobus kosztuje 12 somów. Mnóstwo ludzi w każdej nawet najmniejszej miejscowości zarabia jeżdżąc taksówkami. Nie zawsze ceny są straszne, szczególnie jeśli w naszym kiedunku i naszym samochodem jedzie dodatkowe cztery, czy pięć osób. Należy starannie wybierać nasz środek komunikacji w zależności od tego ile mamy pieniędzy, ile czasu na podróż chcemy przeznaczyć i w jakich ma się ona odbywać warunkach. Jednak nawet jeśli chcemy pojechać gdzieś szybko i mamy sporo pieniędzy należy unikać nieuczciwych kierowców, przy każdym udanym zdzierstwie rozzuchwalają się jeszcze bardziej.

Zazwyczaj w mieście robię rozpoznanie cen biletów autobusowych. Jeśli nie ma odjazdu w interesujących mnie godzinach, albo zależy mi na czasie, rozważam jazdę marszrutką. Zazwyczaj kosztuje niewiele drożej od autobusu, jazda jest bardziej komfortowa i szybsza. Jeśli zaś nic nie ma, lub śpieszę się potwornie wsiadam do taksówki. Zarówno przed odjazdem marszrutką jak i taksówką można całkiem sporo poczekać, aż kierowca zbierze komplet pasażerów. W małych miejscowościach można spędzić czasem 4-5 godzin. Na trasie Biszkek-Osz kursuja tylko taksówki, zatem ceny są straszne (około 800 somów za przejazd w jedną stronę), a odległość nie taka wielka (350 km.).

Po ustaleniu ceny to, że jesteśmy zagranicznym turystą ułatwia już nam podróż. W samochodzie zazwyczaj siedzi 5-6 osób + kierowca. Turysta siedzi na przednim siedzeniu, a autochtoni tłoczą się z tyłu. Myślę, że do tłoczenia się i do niewygodnego transportu są przyzwyczajeni. Taksówka dojeżdża do celu często dwukrotnie szybciej niż autobus.

[część I - jezioro Issyk-Kul i Karakoł] [część II - jezioro Song-Kul]

 

Powrót na górę strony

 

jesteś w >>>główna/reportaże/Kirgizja 2002-zwyczaje
 
Piotr Morawski 2003 --> ostatnia zmiana: 19.04.2007