| |
|
SAFARI, PARKI, REZERWATY
|
|
[Lion Park]
[Vernon Crooks National Reserve]
[Hluhluhwe i Umfolozi]
[Kruger National Park]
|
|
LION PARK (by Olga)
|
|
Niedaleko od drogi R102 wiodącej z Duranu na zachód, poprzez Dolinę Tysiaca Wzgórz, Pietermaritzburg i Howick,
jeszcze przed tym ostatnim, mieści się Lion Park. Było to nasze pierwsze samodzielne safari. Zobaczyliśmy zebry, daleko, ale
zawsze! Zachwyciły nas antylopy i wydawało się, że to wszystko co można w takich parkach zobaczyć.
Bez przewodnika
czuliśmy się jak prawdziwi odkrywcy. Wypatrywaliśmy ścieżek zwierząt, z trudnością przypominaliśmy sobie nazwy roślin. Rozglądaliśmy się
za ptakami, których, jak to zwykle w Afryce bywa, było całe mnóstwo. Aż tu nagle... zobaczyliśmy słonia. Pierwszego w moim
życiu prawdziwego słonia. Jadł sobie spokojnie listki akacji, a nami się wogóle nie przejmował. Podjechaliśmy do niego
na jakieś 5 metrów. Byliśmy oczarowani. Słonik na naszych oczach spokojnie głową przewrócił drzewko akacjowe i kontynuował
konsumpcję. Wreszcie, jak nam się wydawało, zobaczyliśmy kawałek prawdziwej Afryki. Jechaliśmy kilka
minut przeżywając spotkanie, było z górki, samochód się całkiem rozpędził po piaszczystej drodze, aż... zza zakrętu
wyłoniły się 3 słonie, dwa razy większe od tego, którego widzieliśmy wcześniej. Przeszły koło samochodu bez emocji, a jeden z nich
podrapał się (chyba na nasz widok) trąbą w oko! Długo nie mogliśmy wyjść z szoku. Byliśmy pewni, że to wszystko co może nas spotkać
w tak małym parku. Ale czekała nas jeszcze jedna atrakcja! Na ukoronowanie przejażdżki po parku, samochodem z zamkniętymi oknami
wjechaliśmy na ogrodzony teren z 20 może 30 lwami. Właściwie, to nie wiem, które zwierzę zrobiło na mnie większe wrażenie: ogromny słoń,
czy dumny i nieprzewidywalny lew. Ale to było nic w porównaniu do tego co działo się w Hluhluhwe i Umfolozi!
|
|
VERNON CROOKS NATIONAL RESERVE i CROCODILES PARK
|
|
Około 100 kilometrów na południe od Durbanu znajdują się koło siebie dwa parki:
Vernon Crooks National Reserve i Crocodiles Park. Pierwszy z nich, to całkiem spory teren na którym żyje mnóstwo antylop i zebr.
Nie ma tam żadnych zwerząt z Wielkiej Piątki, nie ma tam hipopotamów i żyraf, ale za to jest to park, w którym
można wybrać się na piesze wycieczki.I jest to coś niesamowitego, bo teren jest piękny, prawie nie zarośnięty na wzgórzach, z
typowo afrykańskim buszem w dolinkach, w którym kłębi się mnóstwo ptaków. Świergoczą, pitolą, skrzeczą, śpiewają i wydają
setki dziwnych i zaskakujących dźwięków. A na wzgórzach nagroda w postaci antylop, które stoją przyglądając się uważnie. A jeśli wyciągnie
się aparat, to uciekają. Na szczęście niektóre da się podejść. Naprawdę bardzo miły rezerwat.
Niedaleko, po drugiej stronie
autostrady, w Crocodiles Park, można pooglądać sobie różne gatunki krokodyli i żółwi, wlącznie z największymi sztukami.
Robią wrażenie, to trzeba przyznać. A pod koniec wizyty można sobie pojść do pobliskiej knajpki i zjeść smażone krokodyle żeberka, co
oczywiście uczyniliśmy popijając tutejszym piwem.
|
|
HLUHLUHWE AND UMFOLOZI GAME RESERVE
|
|
Niedaleko od granicy z Swazi i Mozambikiem leży drugi co do popularności game reserve w RPA. Game reserve, to termin określający
wielki teren, rezerwat, na którym żyją dziko duże zwierzęta. Kiedyś słowo "game" dotyczyło polowania, teraz dotyczy także polowania, ale albo z lornetką,
albo z aparatem.
Graniczą ze sobą dwa rezerwaty, pomiędzy którymi zwierzęta mogą się swobodnie przemieszczać. Ten wysunięty
bardziej na południe nosi nazwę Umfolozi, północny to Hluhluhwe (czyt: szluszlułi). Mimo, że położone blisko siebie
znacznie się różnią i fauną i florą.
Pierwszy dzień spędziliśmy w Umfolozi. Zaraz na wstępie przywitał nas nosorożec czarny, spokojnie skubiąc sobie trawę niedaleko od drogi.
Są dwa rodzaje nosorożców, białe i czarne. Pierwsze z nich to ogromne zwierzęta o jasnoszarej skórze i wielkim (często ponad metrowym) rogiem.
Drugie to nosorożce czarne, mniejsze, trochę ciemniejsze, z mniejszym rogiem, ale za to bardziej masywnym. Są one dużo bardziej niebezpieczne
od białych, bo podobno złośliwe i agresywne. Cały dzień zszedł nam na podziwianiu obydwu rodzajów nosorożców, których w Umfolozi jest mnóstwo,
oczywiście widzieliśmy setki antylop w kilku rodzajach, których nazwy jakoś ciężko trzymają się głowy. I oczywiście wszędobylskie, rozbrykane guźce,
czyli tutejsze dzikie świnie. Dzień był naprawdę długi i pełen wrażeń.
Umfolozi ma charakter bardziej otwartej przestrzeni, łagodnych wzgórz i tylko z rzadka trafiają się kępki buszu. Zatem zwierzęta są dobrze widoczne.
A jak już wyjeżdżaliśmy z Umfolozi spotkaliśmy stado żyraf, które spokojnie obgryzało przydrożne drzewa. A na nocleg udaliśmy się do
pobliskiego St.Lucia Reserve, na jedyne pole namiotowe w okolicy. Tu przywitał nas napis: Beware of hippo at night. Mimo tego ostrzeżenia, spaliśmy głęboko
po wyczerpującym dniu.
Następnego dnia zwiedzaliśmy Hluhluhwe. Znów nosorożce, antylopy, żyrafy. Udało nam się nawet "złapać" żyrafę jak piła z bajora. Prześmieszny
widok; czego to ona nie wyczynia, żeby dosięgnąć pyskiem do tafli wody. Zaobserwowaliśmy także, że mnóstwo zwierząt włóczy się ze
świeżymi potomkami. Przecież wiosna w pełni! Czasem też widzieliśmy jak samce antylop walczą przed samicą. A kiedy chcieliśmy
już wyjeżdżać i wracać do domu... stado słoni, około trzydziestu sztuk szło wzdłuż jezdni. I nagle zaczęły przez nią przechodzić.
Wielkie słonie zagoniły samochody (trzy) w jedno miejsce i nie pozwalały sie im ruszyć. Byliśmy świadkami jak słoń atakował jeden z samochodów,
kiedy tamten tylko zapalił silnik. Jak silnik ucichł, słoń się uspokoił. A potem wyłoniły sie kolejne słonie i słoniątka. Mnóstwo
małych, średnich i najmniejszych. A obok wielkie samce, które pilnie strzegły. Okazało się, że słonie mają wielkie spotkanie
na pobliskiej łące. Razem zebrało się ich około 200. Wiele samców walczyło ze sobą, coś niesamowitego. Kolejną
godzinę spędziliśmy na oglądaniu walk, oraz matek z małymi słonikami. A kiedy wyjeżdżaliśmy (już naprawde) ze Hluhluhwe, robiło się już ciemnawo,
na drodze spotkaliśy jeszcze dwa wielkie czarne nosorożce, a zaraz potem stado pawianów. rozsiadły się na drodze razem z małymi i wariowały.
A my mieliśmy ubaw. Niestety po jakiś 15 minutach pojawił się inny samochód, który ledwo co nawet zwolnił i małpy uciekły.
To był jeszcze dłuższy dzień niż poprzedni...
|
|
KRUGER NATIONAL PARK
|
|
W 1898 roku prezydent Republiki Południowoafrykańskiej założył Sabie Game Reserve, jeden z pierwszych rezerwatów dla dzikiej zwierzyny w Afryce. Rząd stopniowo rozszerzał chronione terytorium, aż powstał obecny, zajmujący prawie 3 miliony hektarów jeden z najsłynniejszych rezerwatów Afryki: Kruger National Park.
Kruger National Park rozciąga się na długości około 350 kilometrów wzdłuż granicy z Mozambikiem, na terytorium prowincji RPA, zwanej Transwalem Wschodnim. Obecnie jest to jeden z najpopularniejszych rezerwatów przyrody, słynie z największego bogactwa zwierząt w całej Afryce Południowej. Można tu spotkać Wielką Piątkę Afryki (lew, lampart, bawół, czarny nosorożec, słoń), gepardy, żyrafy, hipopotamy, wiele gatunków antylop, ponad 500 gatunków ptaków, 114 gatunków gadów i 49 gatunków ryb.
Nasza przygoda z Krugerem zaczęła się od jego południowej bramy Melalene, położonej blisko dosyć sporej miejscowości Nelspruit. Park okazał się doskonale zorganizowany (świetne miejsca noclegowe, dobrze utrzymane i oznakowane drogi, dobre mapy itd.) i na dodatek zupełnie niedrogi. Rząd RPA dofinansowuje parki, tak by każdy, nawet najbiedniejszy (teoretycznie) obywatel mógł wyrwać się na trochę i poobcować z przyrodą.
Południe Krugera to zielone, niskie drzewa, oraz busz. Tutaj spotkaliśmy wiele antylop, żyraf i nieprzebrane ilości ptaków. Troszkę na zachód żyją podobno białe nosorożce, ale nie dały się łatwo wytropić. Na wschodzie teren jest bardziej trawiasty i widoczność troszkę lepsza. Ruszyliśmy na północ od jednej sadzawki do drugiej, od jednego obozu do drugiego. Krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie. Drzewa rzedły, zmieniły się rośliny. Spotkaliśmy tu lwy, serwala, nosorożce i bawoły (i oczywiście mnóstwo antylopJ. Im dalej na północ, tym mniej ludzi, więcej otwartych przestrzeni, zielonych niskich drzew, czasem wypalonej ziemi. To dla odmiany kraina słoni. Stadami lub pojedynczo przechadzają się w poszukiwaniu jedzenia i cienia.
Całkowicie północna część Krugera to gęste, całkiem wysokie drzewa, mnóstwo małp, roślin i ptaków. Dojechaliśmy do Limpopo , rzeki zamykającej Kruger National Park od północy, a będącą granicą pomiędzy RPA, Zimbabwe i Mozambikiem. Wyjechaliśmy którąś z północnych bram, z postanowieniem, że wrócimy chociażby na nocny rajd, na którym byliśmy bez sukcesów obserwacyjnych... a na pewno by jeszcze raz nacieszyć się do woli afrykańską przyrodą.
Powrót na górę strony
|
jesteś w >>>główna/reportaże/safari |
|