300 METRÓW NIESPEŁNIONYCH MARZEŃ
ZIMOWA WYPRAWA SHISHA PANGMA 03/04
CZĘŚĆ I


  [jedziemy?]  [drużyna nadciąga]  [problemy]  [baza i dalsze problemy]  [do góry!]  [święta] 
 

JEDZIEMY, CZY NIE...?

   Siedzimy w samolocie do Kathmandu. W końcu. Jeszcze tydzień wcześniej nie było wiadomo, ile osób pojedzie i czy w ogóle ktokolwiek pojedzie. Oczywiście plany rozbijały się o pieniądze, a raczej o ich brak. Według pierwotnych ustaleń miało pojechać 10 osób, potem 5, a potem... nagle zrezygnował Krzysiek Wielicki. Potem wycofał się Denis Urubko, który nie znalazł pieniędzy dla siebie. Wyprawa po raz kolejny stanęła pod znakiem zapytania. Jaś Szulc przejął rolę kierownika, a my czekaliśmy, co z jasiowych wysiłków wyniknie. Data wylotu została przesunięta z 20.11 na 27.11, a potem na 04.12. Pieniądze znalazły się, ale zaledwie na 4 osoby. Na niecały tydzień przed wylotem został ustalony ostateczny skład: Jacek Jawień, Darek Załuski, Jasiu i ja. Z Włoch miał do nas dołączyć Simone Moro, jeden z bardziej znanych na świecie himalaistów młodego pokolenia. Z Kanady spodziewaliśmy się Pierra Bergerone, uczestnika zimowej wyprawy na K2 z 1989 oraz jego partnera Yvon Latreille’a
   Pomysł na zimową wyprawę na najniższy ośmiotysięcznik zrodził się już dawno i to niezależnie w głowach kilku osób. Początkowo Shisha miała być potraktowana jako trening przed zimowym K2. Szybko można się pod nią dostać, nie trzeba zdobywać takiego morza pieniędzy jak na bardziej „prestiżowe” ośmiotysięczniki, a nie zdobyto jej do tej pory zimą. Odbył się, co prawda, kilka lat temu czeski szturm na nią, podczas którego ledwie przekroczono 6000. Nasi bracia z południa nie spodziewali się tak zimnych i potężnych wiatrów, jakie ich przywitały i nękały podczas całego pobytu. Himalajska zima potrafi uczynić „łatwy” ośmiotysięcznik zupełnie niedostępnym. W poprzednim sezonie pojechaliśmy zdobywać zimą K2, a Shisha odeszła w zapomnienie. W tym roku znów wypłynął projekt przygotowania się do kolejnej próby zdobycia K2 — przy braku pieniędzy Shisha stała się naturalnym celem. Dodatkowo Simone bardzo zapalił się do projektu — żaden Włoch zimą jeszcze nie był na ośmiotysięczniku, nawet wielki Messner...

DRUŻYNA NADCIĄGA

   Naiwnie myślimy, że w momencie wylotu skończyła się większość naszych problemów, że zostaliśmy tylko my i góra. Dwa dni spędzamy w Kathmandu, robiąc zakupy. Za cel obieramy południową ścianę Shishy — ponad półtorakilometrowe urwisko. Nasza mała ekipa będzie miała pełne ręce roboty — czeka nas zaporęczowanie całej ściany. W hotelu analizujemy ze skupieniem zdjęcie. Droga brytyjska, Wielickiego, jugosłowiańska. Najbardziej jednak podoba nam się projekt nowej drogi, tuż na lewo od drogi hiszpańskiej.
   Kanadyjczycy wydają się być całkiem w porządku. Pierre często wspomina wyprawę z Zawadą na K2. Stracił tam palec u nogi z powodu odmrożenia. Kilkanaście lat później, pod tą samą górą, tylko że z drugiej strony, dowiadywałem się, że stracę palec u nogi, ten obok palucha, tego samego, co Pierre. Simone swoim zachrypniętym głosem snuje plany pokonania ściany — tu założymy obóz pierwszy, tu drugi, potrzeba ze trzy kilometry lin, a może więcej... A nasza czwórka? Znamy się już z K2, czujemy się razem świetnie, włóczymy się po sklepach i knajpach Kathmandu w coraz bardziej bojowych nastrojach. Dogadujemy się bardzo dobrze. Co może stanąć, poza złą pogodą, na naszej drodze?
   W bazie będzie jeszcze z nami dwóch Nepalskich kucharzy — Jagat i Dorjee. Dorjee wita nas z trochę smutnym, nieśmiałym uśmiechem. Wydaje się całkiem sympatyczny. Jagat, pełen energii, rzuca się do powitania Simone, z którym znają się z poprzednich wypraw, a nas obdarza szerokim, trochę łobuzerskim uśmiechem. Uff, chyba z nimi też dobrze trafiliśmy.
   Nepalskie samochody dowożą nas do Kodari, miejscowości w przepięknej, przygranicznej dolinie. Nasz bagaż zostaje przeniesiony na barkach tragarzy przez „Most Przyjaźni” ufundowany przez Chińczyków. Żeby przejechać samochodem, trzeba się wystarać się o specjalne zezwolenie, a taniej i szybciej jest wynająć ludzi. Wjeżdżamy już chińskimi jeepami do Zangmu. Przyzwyczajeni do nepalskich uśmiechów i pozdrowień ze zdziwieniem patrzymy na szare twarze bez wyrazu. Przygnębiające wrażenie potęguje betonowe miasto, które nie wiadomo, jakim cudem zostało wybudowane na stromym zboczu. Wszędobylska mgła i wilgoć, i nadchodzący zmierzch. Przejmuje nas Siri, który z ramienia chińskiej agencji CTMA jest naszym oficerem łącznikowym. Witaj, chiński Tybecie...

PROBLEMY, PROBLEMY, PROBLEMY...

   Następnego dnia po kilku godzinach jazdy jeepami lądujemy w Nyalam — kolejnym obrzydliwym betonowisku wśród pięknych okoliczności przyrody. Zangmu leży na ponad 2000 metrów. Nyalam to prawie 4000 m n.p.m. Zaczynamy podejrzanie kaszleć, ktoś się źle czuje, pierwsze antybiotyki idą w ruch. Postanawiamy zostać w Nyalam jeszcze dwa dni, żeby się trochę zaaklimatyzować. Niektórzy z nas urządzają wycieczki na pobliskie wzgórza, niektórzy się leczą. Humory nadal nam dopisują, ale czujemy, że coś nad nami zawisło. Dodatkowo dowiadujemy się także, że na południowej ścianie Shishy od 2 listopada działa dwóch Anglików. Zorganizowali cichą eskapadę, nikt się nie spodziewał, że ktoś inny zaatakował górę. Wygląda na to, że dowiedzieli się o planowanej wyprawie i postanowili nas uprzedzić w pierwszym zimowym wejściu.
   Po dwóch dniach pobytu wśród całkiem miłych przy bliższym poznaniu tubylców rusza karawana. Jaki są wyjątkowo małe, ale dzielne. 36 zwierząt niesie prawie 2 tony naszego dobytku oraz rzeczy poganiaczy (nazywanych przez nas yak-driverami). Lekko podnieceni grzejemy się w promieniach słońca i cierpliwie czekamy, aż jaki zostaną załadowane. A potem w drogę...
   Nie minęło pół dnia, kiedy zatrzymujemy się na postój. Jacek dochodzi za ostatnim jakiem. Siada zrezygnowany i zmęczony. Dopadło go jakieś choróbsko — wygląda na to, że ma wysoką gorączkę, paskudnie kaszle. Razem stwierdzamy, że będzie lepiej, jak wróci do Nyalam i trochę się podleczy. Lepiej chorować na 3900 niż w bazie na 5400... Nie przeczuwamy jeszcze, że już do nas nie wróci, że choroba zagna go z powrotem do kraju. Zostaje nas sześciu...

SŁONECZNA BAZA I PROBLEMÓW CIĄG DALSZY

   Po dwóch dniach marszu docieramy do bazy. Niebo jest bezchmurne. Czasem znad przełęczy wyrywa się lodowaty podmuch i przypomina, że to jest himalajska zima. Kiedy przewijamy się przez najwyższy punkt moreny, jakieś 5300, ze sto metrów pod nami widzimy wielkie jezioro, a nad brzegu widać rozbite 3 namioty. To obóz Anglików. Schodzę na dół wpatrzony w rozświetloną południową ścianę Shishy. W tej dolinie przyjdzie mi spędzić cały miesiąc. Niedługo zacznie się ciężka praca.
   Na nasze przywitanie wychodzi kucharz Anglików. Serwuje nam gorącą herbatę i zupę. Cieszy się, że nas spotyka, bo jak się dowiadujemy, siedzi tu już 42 dzień i potwornie mu nudno. Anglicy w ciągu tych dni założyli zaledwie obóz pierwszy, a karawanę powrotną mają zamówioną za 6 dni. Teraz pogoda im dopisuje i planują atak szczytowy. Trochę nas cieszy taka wiadomość — w żadnym wypadku tak wczesne wejście nie będzie uznane za zimowe.
   Namioty rozkładamy jeszcze w pełnym słońcu. Jaka to różnica w porównaniu z zeszłorocznym zakładaniem bazy pod K2, gdzie przenikliwy mróz i wiatr dawał się mocno we znaki od samego początku. Kiedy słońce zachodzi, chowamy się w mesie połączonej z kuchnią, którą rozstawili nasi kucharze. Na początek gorąca herbata i miska ciepłego popcornu. Potem wjeżdżają na stół kolejne dania. Delektujemy się jedzeniem i ciepłem buchającym z kuchni.
   Kolejne dwa dni nie napawają nas optymizmem. Darek ma ponad 39 stopni gorączki — prawie nie rusza się z namiotu. Simone czuje się tragicznie i postanawia zejść do Kathmandu. Nie wiemy, czy wróci. Jawień śle do nas informacje z Nyalam, że jest z nim coraz gorzej. Chiński lekarz przebąkuje coś o jakimś wirusie nękającym ludzi w okolicy Nyalam. Wszyscy kaszlemy paskudnie, bolą oskrzela. W tych okolicznościach kłopoty z agregatem wydają się mało istotne. Co z tego, że nie będzie prądu, skoro i tak nie będzie ludzi, by pracować w górze. Atmosfera w mesie robi się coraz bardziej ponura.

DO GÓRY!

   Mimo osłabionego składu praca wre. Organizujemy całą bazę. Na morenie na 5800 zakładam bazę wysuniętą. Siedzę wieczorem wpatrzony w prawie pionową ścianę, która z obecnej perspektywy wygląda na dużo trudniejszą niż na zdjęciu. A nas tylko trzech. Darek powoli zdrowieje i włącza się do pracy.
   Z góry schodzą Anglicy, Victor Saunders i Andy Parkin. Obydwaj mieszkają na co dzień w Chamonix. Victor znany jest w Polsce ze swojej książki „Nieuchwytne szczyty”. Są strasznie zmęczeni i zrezygnowani. Podsuwają nam pomysł przesunięcia bazy wysuniętej pod czoło lodowca, nad jedno z tamtejszych jeziorek, 100–200 metrów poniżej moreny, na której rozbiłem namiot. Z zaciekawieniem słuchamy ich historii. Ściana od samego początku była dla nich nieprzyjazna. Długo szukali drogi przez niebezpieczny lodowiec. W dolnych partiach Shishy wisi ogromny mur seraków. Cały teren poniżej zasłany jest potężnymi bryłami lodu. Ominęli go jakimś bocznym przejściem, skalną drogą pomiędzy krawędzią lodowca i moreną. A potem walczyli w ścianie w stylu alpejskim. Doszli może do 6500, ale dokładnie nie wiedzą. Ściana okazała się ścianą lodu. Po ponad czterdziestu dniach zmagań zrezygnowali. Po raz kolejny zima udowodniła, że ciężko się wspinać w stylu alpejskim, że trzeba zorganizować wyprawę w starym stylu. Oblężenie, poręczowanie, wyczekiwanie. Do tego przydałoby się więcej ludzi...
   Zatem zgodnie z radą Anglików przenosimy namioty nad jezioro, prawie u czoła lodowca. Rozbijamy je na miękkim piasku, a miejsce nazywamy Shisha Pangma Beach. Jest lód, czasem woda, równe podłoże i do góry blisko. Idealnie. Powoli zaczynamy zaopatrywać nasze ABC (Advanced Base Camp), jak popularnie nazywana jest baza wysunięta. Z Darkiem i Pierrem docieramy prawie pod ścianę, prawie na 6000. Yvon zostaje w bazie. Już wiadomo, że niewiele zdziała na tej wyprawie — bardzo źle znosi wysokość. Idziemy wprost przez lodowiec przez groźne serakowisko. Boczna droga przez skały mimo wszystko nas odstrasza, nietrudno na niej o błąd, który może zakończyć się śmiertelnym upadkiem. Przez skrzące się w słońcu bryły lodu idziemy około pół godziny... zawsze jak najszybciej, z lękiem spoglądając na piętrzący się nad nami wał seraków.

ŚWIĄTECZNY CZAS, ŚWIĄTECZNE DECYZJE

   Niespodziewanie wraca do bazy Simone. Wyleczył się prawie całkowicie w Kathmandu. Stan Jacka nie poprawił się i musiał polecieć do Polski. Powrót Simone natchnął nas nadzieją na pomyślny rozwój akcji. Jest Darek, Jan, Simone i ja. Jest także Pierre, ale powoli zaczynamy się do niego uprzedzać. Coraz częściej miga się od ciężkiej pracy, nosi tylko swoje rzeczy, a wyprawowe, wspólne przecież, zostawia nam do noszenia. Co pewien czas powtarza, że nie jest tragarzem. Cóż, wychodzi na to, że my jesteśmy...
   Zbliża się Wigilia. W jej przeddzień docieramy do stóp ściany, pod wielki serak. Znajdujemy pod nim platformę idealną na namiot. Tu stanie jedynka. Jest jakieś 6100 i po uważnej obserwacji ściany dochodzimy do wniosku, że może być to jedyne miejsce na obóz w całej ścianie. Wskutek osłabienia wyprawy (zdajemy sobie powoli sprawę, że pracować będą w górze trzy osoby z pomocą czwartej — Jana — w niższych partiach) odpada projekt nowej drogi. Decydujemy się na drogę hiszpańską pokonaną w 1995 roku przez Figuerasa i towarzyszy. Jej zdobywcy wyszli na grań, ponad trudności, gdzie nocowali i podjęli atak szczytowy. Niestety nieudany. W obecnych warunkach pogodowych, niewielkiej ilości śniegu i całkiem stromego lodu droga hiszpańska wydaje się optymalna. Wchodzi w kuluar w terenie osłoniętym przed atakiem seraków, następnie kilkaset metrów wiedzie stromym, lodowym teraz polem, po czym wchodzi w drugi kuluar. Na jego końcu chcielibyśmy umieścić obóz drugi. Następnie wejście w trzeci, bardzo wąski prawie żleb, który wyprowadza na około 7500 na grań. Potem jeszcze długa droga do szczytu. Może być ciężka podczas zimowych, mroźnych i piekielnie silnych wiatrów. Rezygnujemy już na początku z założenia obozu trzeciego na grani — nie ma ani ludzi, ani czasu, by wynieść tam kolejny namiot i śpiwory... Nagle plan wydaje się bardzo realny i pełni nowych sił wgryzamy się w ścianę. Kładziemy pierwsze 300 metrów poręczówek, a potem schodzimy na dół. Wigilię chcemy spędzić w bazie.

----- CZĘŚĆ II -----

 

Powrót na górę strony

 

jesteś w >>>główna/reportaże/Shisha Pangma I
 
Piotr Morawski 2003 --> ostatnia zmiana: 19.04.2007