PIERWSZE ZIMOWE WEJŚCIE NA SHISHA PANGMA
WYPRAWA 04/05
CZYLI MOJA DROGA DO SZCZYTU
CZĘŚĆ I


  [powtorka]  [aklimatyzacja]  [praca]  [do dwojki]  [przełęcz] 
 

POWTÓRKA Z ROZRYWKI

   Myśl o kolejnej wyprawie na Shishę prześladowała mnie od momentu nieudanego ataku szczytowego. Kiedy schodziłem 17 stycznia 2004 roku, zawracając zaledwie 300 metrów w pionie od wierzchołka, po pierwszym zimowym przejściu południowej ściany Shisha Pangma, ledwie trzymałem się na nogach. Ale myśl o powrocie i zmierzeniu się jeszcze raz z tą górą już zakiełkowała, by przez cały rok rosnąć i wydać w końcu owoce.
   W tym roku, tak samo jak poprzednim kierownikiem zostaje Jan Szulc z trójmiejskiego Klubu Wysokogórskiego. Skład mamy podobny. Jedzie z nami znowu Simone Moro, który podejmował ze mną zeszłoroczną, ciężką decyzję o zaniechaniu ataku szczytowego. Wybiera się też Darek Załuski, który oprócz wspinania pełni ważną funkcję filmowca oraz Jacek Jawień. W Kathmandu ma na nas czekać ten sam co poprzednio kucharz, Jagat. Wyruszamy na początku grudnia, by jeszcze zdążyć zorganizować jakiś trekking i porządnie się zaaklimatyzować. W zeszłym roku wystartowaliśmy od razu pod górę i jakaś nieznana nam, grypopodobna choroba rozłożyła nas na łopatki.
   Cały rok rozmyślań, biegania krótszych biegów i maratonów. Rok treningów i marzeń o szczycie. Wiedziałem, że jest w moim zasięgu. Czułem to już w zeszłym roku, jak rzucałem ostatnie spojrzenie za siebie schodząc w dół z wysokości prawie 7700 mnpm. Tym razem moja determinacja sięgała zenitu. Zrobiłem wszystko, by wytrenować swój organizm i psychikę. Nie boję się mrozu, długich oczekiwań na dobrą pogodę, wpinaczki w ciężkich warunkach. Teraz zobaczymy, co przyniesie przyszłość, a szczególnie pogoda. Czynnik, który zaważy na wszystkim, który jest głównym sprawcą porażek zimowych wypraw. Wystarczy, że przyjdzie długotrwająca wichura, albo nieustanny opad śniegu, a jak niepyszni zwiniemy bazę i wrócimy do domu. Ostatnim wejściem na niezdobyty zimą ośmiotysięcznik może pochwalić się Krzysztof Wielicki. Było to w noc sylwestrową 1988 roku, 17 lat temu! Ostatniego w ogóle zimowego wejścia dokonali Hiszpanie w styczniu 1994 roku, kiedy weszli na Cho Oyu, 11 lat temu!

DOLINA KHUMBU I AKLIMATYZACJA

   Na trekking jednogłośnie wybraliśmy dolinę Khumbu. Przez dwa tygodnie chodzimy po przepięknej okolicy. Niebo rzadko kiedy zasnuwa się chmurami i słońce nas rozpieszcza. Wchodzimy coraz wyżej i przyzwyczajamy swoje organizmy do wysokości. W niesamowitych okolicznościach przyrody. Dookoła nas wznoszą się szczyty i ściany pełne swoich radosnych i tragicznych historii: Everest, Lhotse, Nuptse, Ama Dablam. Zwieńczeniem naszego turystycznego wypadu jest wejście na Island Peak (6184 mnpm), z którego roztacza się panorama na groźną, południową ścianę Lhotse. Na której zginął m.in Jerzy Kukuczka. W wiosce Chhukung położonej u stóp owej niesamowitej ściany można zobaczyć tablicę pamiątkową ku czci jego i dwóch innych wspinaczy: Rafała Chołdy i Czesława Jakiela. Wracamy do Kathmandu w świetnej kondycji. Jeszcze okres dobrej pogody trwa, jest połowa grudnia. Chcemy dostać się do bazy pod Shishą w okolicach Wigilii. Zaraz po rozpoczęciu zimy kalendarzowej, a przed spodziewanym, późnogrudniowym załamaniem pogody. Nie docieramy bez przeszkód do granicy nepalsko-chińskiej. Nasz samochód zostaje zatrzymany wieczorem, jakieś 20 kilometrów od szlabanów. Dzień wcześniej maoiści zabili w okolicznym garnizonie kilkunastu żołnierzy. Całą noc spędzamy w brudnej norze i rankiem nas na szczęście przepuszczają. Po drugiej stronie granicy wita nas nasz chiński oficer łącznikowy, Dawa. Przejmuje nad nami kontrolę.

PRACA W ŚCIANIE

   Dalej historia potoczyła się szybko. Tradycyjne problemy ze zorganizowaniem karawany. Mamy prawie 2 tony bagażu. Tym razem jesteśmy zaopatrzeni tak, że spokojnie możemy w bazie siedzieć do końca lutego i dłużej. Czyli nie tylko ja jestem tak zdeterminowany. W końcu jakoś dogadujemy się z Tybetańczykami, którzy wsadzają cały nasz dobytek na 32 jaki. Po dwóch dniach podróży przez bezdroża znowu jestem w bazie pod Shisha Pangma, na wysokości ponad 5200. Jest Wigilia. Tutaj przyjdzie mi spędzić kolejny kawałek swojego życia. Ciekawe jak długi... Rozstawiamy namioty, a wieczorem tradycyjna kolacja wigilijna. Jak zwykle Jagat przygotowuje jakieś specjały do jedzenia, wie, że to ważny dzień dla nas. Ty razem jednak uczulamy go, że jest to także dzień bez mięsa.
   Z kolejnymi dniami ruszamy do pracy. Staje baza wysunięta na wysokości około 5700. Od ściany oddziela nas już tylko krótki lodowiec. Wybieramy na wejście drogę jugosławiańską, która idzie w prawej części góry. Chcemy dotrzeć do przełęczy, tam postawić obóz i stamtąd zaatakować szczyt. Pogoda jest na tyle kiepska i niestabilna, że musimy zaniechać innych planów. Dostajemy regularne prognozy z Insbrucku, które jednak za każdym razem nie brzmią radośnie. W tym roku w styczniu będzie bardzo zimno i będzie potwornie wiało - można je w skrócie podsumować.
   W Sylwestra mamy już obóz pierwszy na wysokości 6550 metrów. Znajduje się on na końcu długiego plateau i przy tych wiatrach, które panują, czasem ciężko się do niego dostać. Stoi tam mały namiot, w którym dwóch wspinaczy ledwie leży koło siebie. Nie mówiąc już o gotowaniu, czy ubieraniu się. Głównym atutem tego namiotu była jego waga. Jest bardzo lekki, a teraz liczy się każdy kilogram, który transportujemy do góry. Trzeba jak najszybciej zaporęczować niebezpieczne kawałki drogi i założyć obóz drugi na grani - myślimy zerkając w niebo i wysłuchując niepokojących nasz prognoz pogody. W Sylwestra także jesteśmy z powrotem w bazie, śnieżyca i wiatry wygoniły nas ze ściany i z bazy wysuniętej.

W DRODZE DO OBOZU DRUGIEGO

   Jak tylko niebo trochę jaśnieje znowu ruszamy do góry. Wydzieramy kolejne metry, wnosimy kolejne kilogramy lin, sprzętu i jedzenia. W "jedynce" czeka już namiot, który wyniesiemy na przełęcz. Jest duży i ciężki, ale o to chodzi. Dwójka ma być miejscem komfortowym, tak by można była wypocząć przed atakiem na szczyt. Kolejne załamanie pogody wygania nas ze ściany. Jesteśmy już na wysokości 7200 w trudnym lodowo-śnieżnym kuluarze. Tam położyliśmy ostatnie poręczówki. Siedzimy w bazie i cierpliwie czekamy, aż minie okres niepogody.
   Do naszej nierównej walki z naturą włączyły sie ptaki. Niestety nie po naszej stronie. W zeszłym roku wydziobywały nam dziury w namiotach i wygrzebywały sobie jedzenie. Teraz całą żywność pakowaliśmy do beczek. Ale to nie przeszkadzało upartym ptakom w niszczeniu naszych namiotów. W poszukiwaniu pokarmu wyciągały nasze ubrania na zewnątrz. A potem wiatr nanosił przez dziury śnieg do środka. Co za bałagan. Baliśmy się, że namioty są na tyle osłabione, że mocniejsze podmuchy mogą je zniszczyć do końca. Obóz pierwszy był w najbardziej opłakanym stanie...
   Kiedy tylko na niebie chmury zwalniają swój szaleńczy pęd i przestaje sypać ruszamy do bazy wysuniętej. Wiemy, że zaraz przyjdzie kolejne załamanie pogody i pośpiech gna nas do przodu. Trzeba zrobić jak najwięcej. Może tym razem uda założyć sie obóz drugi na grani. Jeszcze ze dwieście metrów poręczówek. Może trzysta... Droga do bazy wysuniętej wydaje się już całkiem krótka. Następny dzień upływa pod znakiem rajdu do obozu pierwszego. Czujemy się z Simone wyśmienicie i rozsadza nas energia.
   Noc w jedynce daje się nam mocno we znaki. Takiego mrozu dawno nie przeżyłem. Ostatnim razem chyba na K2 w obozie trzecim, czy czwartym. Chowam się w śpiworze cały i oddechem ogrzewam wnętrze. Noc mija powoli, nie możemy zasnąć. Jutro będzie męczący dzień - myślę - ale też cholernie ważny dla wyprawy. W końcu nadchodzi poranek. Jeszcze bardziej mroźny niż noc. Czekamy z niecierpliwością na słońce, by wypełznąć ze śpiworów. Ledwie nadchodzi od razu wstępuje w nas życie. Szybkie przejście ze śpiworów do kombinezonów, krótkie śniadanie i wystrzeliliśmy z namiotów. Niebo błękitne, wiatr jak zwykle potwornie wieje. Zakładam raki i lecę do góry. W myślach robię przegląd zawartości plecaka. Namiot na dwójkę, jedzenie, rękawiczki, gogle zostawiłem w namiocie, zabiorę je następnym razem. Jak będziemy szli na szczyt lepiej się przygotuję. Trochę niezbędnego ubrania, kartusze na gaz... Zaraz, leżały przed namiotem jak zaczynałem podchodzić. Zrzucam plecak, przypinam go do liny i lece 100 metrów niżej, z powrotem do jedynki. Mijam Simone, któremu tylko rzucam po drodze, że czegoś zapomniałem. Kilka minut poźniej podchodzę do góry z kartuszami w ręku. Dobrze, że sobie przypomniałem, gdzybyśmy tak wylądowali bez gazu w dwójce... Wolę o tym nie myśleć.

W KOŃCU NA PRZEŁĘCZY

   Simone na mnie zaczekał. Mijam go, zakładam plecak i teraz nieodwołalnie dzień ciężkiej pracy się zaczyna. Jesteśmy na wysokości prawie 7000 metrów, a gnamy do góry jak szaleni. Robimy nawet po kilkadziesiąt kroków za jednym razem. Jakbyśmy się ścigali. Mimo ciężkich plecaków. Coś nam mówi, że dzisiaj trzeba założyć dwójkę. Dajemy z siebie wszystko. To będzie ważny moment dla wyprawy. Jak założymy dwójkę, zejdziemy do bazy, odpoczniemy i droga na szczyt będzie otwarta.
   Długie podejście pod szczelinę brzeżną. Trochę kłopotów z jej przekroczeniem. potem kuluar wypiętrzający się nad nami skałami i śniegiem. Coraz wyżej, ale tempo nieustanie podkręcamy. Koniec kuluaru i docieramy do stanowiska, które zakładałem z tydzień wcześniej. Niewielka platforma przyklejona do skał pełna jest lin, haków, śrub i szabli śnieżnych. Depozyt. Zabieram stąd trochę śrub i 200 metrów lin. Koreański plastik, ciężki niesamowicie. Zarzucam polecak, który conajmniej podwoił swoją wagę, na plecy i usiłuję ruszyć do góry. Tracę równowagę i zawisam na stanowisku. Nie przypuszczałem, że będzie aż tak ciężko. Przede mną około 100 metrów śnieżnym kuluarem do góry. Dopiero tam będę mógł zrzucić linę, bo stamtąd zacznę poręczować. Robię zaledwie dwa, trzy kroki i muszę odpoczywać. Irytuje mnie moja powolność, ale nic na nią nie poradzę. Nie przeskoczę własnego organizmu. Kiedy jestem już w połowie drogi widzę jak Simone dociera do załadowanego sprzętem stanowiska. Bierze kolejne sto metrów lin, śruby i kilka szabli śnieżnych. W przerwach pomiędzy krokami liczę ile mamy sprzętu. Myśli się rwą ze zmęczenia, ale w końcu dochodzę do wniosku, że do przełęczy powinno starczyć. Dobra nasza!
   Docieram do końca tych stu metrów. Wyssały ze mnie więcej sił niż całe podejście z jedynki. Z ulgą zrzucam plecak, zdejmuję z niego liny i czekam na Simone. Który idzie tak samo wolno jak ja. Kiedy przystaje i patrzy do góry, widzę jak jego twarz wykrzywia grymas. Jest także zmęczony, dodatkowy ciężar ciągnie na dół. A przed nami dopiero właściwa robota na dzisiaj. Dotrzeć do przełęczy i założyć obóz drugi. Patrzę do góry i wiem, że przełęcz nie będzie na wysokości 7200-7300 tak jak się spodziewaliśmy. Conajmniej ze sto metrów wyżej. Dobrze, że wzięliśmy aż tyle lin. Oby wystarczyły - myślę teraz z niepokojem. Na niebie pojawiły się jakieś chmury. Nie wyglądają jednak groźnie. Dużo bardziej mi doskwiera wiatr i drobiny śniegu które niesie z zawrotną prędkością. I które wbijają się boleśnie w twarz, jedyną odsłoniętą część ciała. Chowam głowę w ramionach, przytulam twarz do ściany i czekam. Kiedy Simone w końcu do mnie dotrze. Czas zwalnia i zaczyna się dłużyć. Odpływam myślami daleko, do bazy, do ciepła. Wszystko by jak najdłużej znieść otaczające mnie zimno. Z letargu wybudza mnie krzyk Simone. Jest kilka metrów pode mną, a musi krzyczeć, bym go usłyszał poprzez ryk wiatru.
   Zakładam plecak. Kiedy Simone do mnie dochodzi już jestem gotowy do prowadzenia. Nagle docierają do mnie jego słowa. "Piotr, a może zostawimy namiot i jedzenie tutaj. Pójdziemy na lekko zaporęczować przełęcz, mamy wtedy większe szanse że w ogóle na nia wyjdziemy." Nie chcę. Coś mnie pcha do góry. Czuję się silny i wiem, że dam radę. Nie wiem skąd, ale mam takie przeczucie. Może ta bliskość przełęczy na mnie tak działa. Może bliskość szczytu. Simone kiwa głową na znak zgody, przywiązuję liny i lecę do góry. Jak lekko tym razem, bez tej przeklętej liny mogę znowu robić po kilkanaście kroków.
   Mijam śnieżny kuluar i wbijam się w skałę. Technicznie niezbyt trudna, ale krucha potwornie. Trzeba uważać na każdy krok. Zerkam na dół. Simone stoi przyklejony do skały i usiłuje sobie radzić z wielkim kłębem skręconej liny. Eh, te plastikowe koreańskie sznurki. Jakim cudem wszystkie lepsze poszły na dole? Nieważne. Trzaba się ruszać, by wiatr nie wychłodził. Nade mną skalna szczerbina przełęczy. Stop. Skończyła się pierwsza setka liny. Już czuję jej ciężar u pasa. Byle nie zahaczyła o jakiś większy kamień i nie strąciła go na Simone. "Piotr, możesz iść" - trzeszczy do mnie radio. Simone dowiązał drugą setkę i ciągnę poręczówki za sobą. Wiem, że nie mogę popełnić żadnego błędu. Jeśli polecę, to plastikowe coś nie utrzyma mojego ciężaru. To jest cena za szybkość. Jeśli do tego całego ciężaru miałbym taszczyć ze sobą linę dynamiczną do wspinania, zakładać stanowiska co 50 metrów...
   Ciężar ciągniętej liny staje się coraz większy. Do przełęczy mam jeszcze z pięćdziesiąt metrów. Może i więcej, nie widać wyjścia z wąskiego skalnego komina. Zakładam stanowisko, nie przecisnę się do góry z takim obciążeniem. Simone szybko rusza do góry, widzi że stoję w cieniu. Miejsce, w którym stoję znajduje się u podstawy wąskiego komina. Żeby nad nim była przełęcz. Znowu kulę się cały, by wiatr miał do mnie jak najmniejszy dostęp. Twarz chowam głęboko i odpływam. Oby Simone doszedł jak najszybciej.
   Słyszę ciężki oddech i chrzęst kroków na skale. Jest. Patrzę na zegarek, jest dopiero przed trzecią. Wspinamy się od zaledwie 6 godzin. Gnaliśmy jak najszybciej do góry z ciężkimi plecakami i powoli zmęczenie zaczyna mnie ścinać. Simone jest już na stanowisku. Zabieram kolejne śruby i wchodzę w skalny, zacieniony komin. Znowu odzyskuję jasność myślenia. Ruchy stają się pewne, wiatr jakby mniejszy. Kolejny skalny próg, kawałek lodu, trochę śniegu, znowu skała. Nagle jestem na wielkiej połaci śniegu. Podnoszę głowę i pierwszy raz od pół godziny rozglądam się dookoła. Jestem na przełęczy! Szybko zakładam stanowisko i krzyczę przez radio do Simone, że może iść. Słyszy w moim głosie radość i wie. Założymy upagnioną dwójkę.

----- CZĘŚĆ II -----

 

Powrót na górę strony

 

jesteś w >>>główna/reportaże/Shisha Pangma 2005 I
 
Piotr Morawski 2003 --> ostatnia zmiana: 19.04.2007