PIERWSZE ZIMOWE WEJŚCIE NA SHISHA PANGMA
WYPRAWA 04/05
CZYLI MOJA DROGA DO SZCZYTU
CZĘŚĆ II


  [co dalej?]  [szczyt]  [i po szczycie]  [komplikacje]  [to jeszcze nie koniec] 
 

CO DALEJ?

   Tak jak się spodziewałem na przełęczy już tak nie wieje. Jest osłonięta granią. Wysokościomierz pokazuje ponad 7400 metrów. Potem GPS to potwierdzi. Dobrze, że wiatr wieje z północnego zachodu. Inaczej pewnie nie bylibyśmy w stanie ustać. Jeszcze półtorej godziny i jesteśmy w namiocie. Tyle zajęło nam zrobienie platformy i rozstawienie namiotu. Specjalnie przytargaliśmy większy, by obóz drugi był wygodny. By dało się w nim komfortowo spędzić noc, a potem wyjść na szczyt. Myślałem, że w jedynce dzisiejszej nocy było zimno. To co się dzieje w dwójce przekracza moje wyobrażenia o mrozie. Zamieniamy kilka słów z Simone. Jeszcze łączność z bazą. Decyzja zapadła. idziemy jutro na szczyt. Dzisiaj był męczący dzień. Nie mamy żadnych rzeczy, które planowaliśmy brać na szczyt, a których nie wzięliśmy ze względu na wagę. Naszym celem było przecież "tylko" założenie obozu drugiego. Ale góra przyciąga jak magnes. Wiem, że damy radę. Wszystko we mnie krzyczy, że to jest właśnie ten moment, na który tak długo czekałem. Jeszcze oszukujemy siebie, że pójdziemy jutro tylko rozeznać teren, zaznaczyć drogę przez pierwsze plateau. I tylko jeśli pogoda dopisze, to spróbujemy wejść na szczyt. W głowie jednak pojawiają się myśli, że nawet jak będzie tragicznie wiało, to i na czworakach będziemy usiłowali dojść.
   Simone dzwoni do Karla, znajomego meteorologa z Insbrucku. Jutro ma wiać około 30-35 m/s. Ale niebo ma zostać błękitne. Niewielka pociecha. Temperatura na poziomie 7000 ma oscylować w granicach -35 stopni. Co się będzie działo tysiąc metrów wyżej. Wolę jakoś nie myśleć. Ogarnia mnie spokój. Zasypiam mimo wysokości i porywów wiatru szarpiących namiotem.

"CIMA, CIMA, SZCZYT, SZCZYT!"

   Ranek budzi nas ciszą. Jest już jasno, ale nie wychodzimy ze śpiworów. Czekamy na słońce. Nie chcemy popełnić błędu z zeszłego roku i wyjść za wcześnie. Leżę wpatrzony w długie strąki szronu wiszące nad moją głową. Czekam na sygnał do wyjścia. Potem już nie będzie czasu na myślenie. Patrzymy na zegarki, na siebie. Błysk zrozumienia w oku i zaczynamy wypełzać ze śpiworów. Szybko gotujemy garnek herbaty, jemy kilka ciastek i jesteśmy gotowi. Startujemy około 8 rano, późno jak na atak szczytowy. Nie myślimy już, że idziemy na rekonesans. Niebo rzeczywiście bez chmury, pierwsze plateau (na którym także stoi nasz namiot)osłonięte od wiatru. Nie wiem co w nas wstępuje. Gnamy przed siebie jak na skrzydłach. Czasem musimy torować drogę w głębokim śniegu, czasem omijać jakieś szczeliny. Po niecałej godzinie jesteśmy w miejscu, w którym zakończyliśmy nasz zeszłoroczny atak. Powinno być jakieś 7700 - myślę mechanicznie. Przed nami jeszcze stromy serak i jesteśmy na drugim plateau. Przed nami widnieje grań szczytowa. Zaczyna wiać. Wyszliśmy z osłoniętego miejsca i wiatr sobie nagle o nas przypomniał. Co pewien czas ogarniają nas ogromne tumany śniegu niesione z niesamowitą szybkością. Przypadamy wtedy do ziemi, wbijamy czekany i leżąć na nich czekamy aż przejdzie. Ból wbijających się drobin lodu w twarz jest nieznośny. Usiłuję jakoś zakryć twarz, ale maska, którą mam w tym celu, szybko pokrywa się lodem. Chyba łatwiej mi chować głowę. Zdobywamy kolejne metry. Do czasu. Przed nami otwiera się ogromna szczelina. Nagle staje się jasne, że musimy zawrócić i ją obejść. Bez słowa wracamy. Pełni energii. Szczyt nas ciągnie do siebie.
   Obchodzimy szczelinę i wchodzimy powoli na grań szczytową. Walka z wiatrem staje się rutyną. Jeszcze tylko kilka kroków i zobaczymy upragniony szczyt. Staję na górze grani i patrzę z niedowierzaniem przed siebie. Miejsce, które uważaliśmy za szczyt jest tylko skałą. Niczym więcej. Właściwy szczyt jest daleko przed nami. Droga do niego wiedzie po wąskiej, ostrej, śnieżnej grani. Opada mnie nagłe zrezygnowanie. Koło mnie staje Simone i z równym niedowierzaniem patrzy w ten sam punkt co ja. Jesteśmy już prawie cztery godziny w drodze. Wiatr i wysokość sporo sił z nas wyssały. Umysł już przyzwyczaił się do myśli, że tylko trochę wysiłku go czeka. Że potem już tylko w dół. A spotkał go taki zawód.
   Nie mówimy do siebie ani słowa. Skręcamy we właściwym kierunku i już dużo wolniej idziemy. "Dojdę chociażby na czworakach" - przebiega mi przez głowę. Wchodzimy na ostrą grań. Tutaj podmuchy, nie dość że nieznośne, mogą być potwornie niebezpieczne. Wystarczy stracić równowagę... Coraz wyżej i wyżej. Grań jest jedyną rzeczą, którą widzę. Znowu odpływam myślami gdzieś daleko. To umysł broni się przed zmęczeniem, wiatrem i zniechęceniem.
   Nagle słyszę krzyk Simone: "cima! cima!". Podnoszę głowę i patrzę w jego rozradowane oczy. Jesteśmy! Rzucamy się sobie w ramiona. Kilka zdjęć, niecała minuta fimowania i musimy schodzić. Jeszcze usiłuję skontaktować się z bazą. Chłopaki nie wiedzą co się z nami dzieje. Bezskutecznie. Wiatr jest nie do wytrzymania. Patrzę dookoła i łzy cisną mi się do oczu. Niedaleko od nas widać centralny wierzchołek. Z jednej jego strony rozpościera się ruda wyżyna tybetańska. Z drugiej białe łańcuchy gór. Widzę morenę, za którą jest nasza baza. Odwracam się do zejścia. Przede mną Everest i Lhotse. I płaski kształt Cho Oyu. Pode mną nasze ślady wiodące do obozu drugiego. Jestem na szczycie swojego pierwszego ośmiotysięcznika! Zimą! 14 stycznia, godzina 13:15...

I PO SZCZYCIE...

   Gnani przez przenikliwe zimno i wiatr szybko schodzimy przeklętą, stromą granią. Jeszcze spięci, jeszcze pełni uwagi. Jeszcze nie możemy całkowicie cieszyć się sukcesem. Dopiero jak dojdziemy do łatwiejszego plateau. A potem do namiotu dwójki.
   Dochodzimy zmęczeni, ale roześmiani. Szybko wpełzamy do śpiworów i wrzucamy do garnka lód na herbatę. Dopiero teraz łapię łączność z Darkiem, który właśnie podchodzi z Jackiem do jedynki. Za dwa oni będą próbować. Jest pierwszą osobą, której przekazuję radosną nowinę. Wiadomość o pokonaniu pierwszy raz od 17 lat dziewiczego zimą ośmiotysięcznika leci do kraju. A my w tym czasie spokojnie pijemy i zmęczeni zasypiamy. To było udane wyjście do góry. Niespodziewane. Wstrzeliliśmy się w pogodę, jakby góra sama nas zapraszała byśmy weszli. Postawiła kilka warunków, musieliśmy się zmordować, wymęczyć. Ale dała nam szansę.
   Rankiem wygrzebujemy się jak najszybciej z ciepłych śpiworów. Choć chciało by się poleżeć i nie wstawać. Organizm czuje wysiłek i domaga się swoich wyoczynkowych praw. Wolimy być szybciej na dole. Po drodze do jedynki mijamy Jacka i Darka, którzy idą wykorzystać swoją szansę. Zabieramy prawie wszystkie rzeczy z jedynki i po męczących zjazdach jesteśmy w bazie wysuniętej. Darek i Jacek mają po swoim ataku zwinąć dwójkę. Opuszczamy powoli górę. Jak to wszystko szybko się zmienia! Wczoraj jeszcze nie było wiadomo ile czasu spędzimy pod górą, walcząc o szczyt. Dzisiaj już zwijamy obozy i wyprawa dobiega końca.

KOMPLIKACJE

   Już z bazy z niepokojem wysłuchujemy raportów. Pogoda gwałtownie się zmieniła i dwójka nie jest już komfortowym obozem. Darek i Jacek jakoś docierają do namiotu, ale ledwie są w stanie przetrwać w nim noc. Rano, zamiast na szczyt muszą uciekać na dół. Wiatr i śnieg uniemożliwiają im nawet zwinięcie obozu. Przez kilka godzin nie wiadomo, czy przedostaną się przez niezaporęczowane plateau poniżej jedynki. Czy wiatr ich przepuści. Aż w końcu dociera raport o tym, że bezpiecznie dotarli do bazy wysuniętej. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.
   Wydawało by się, że wyprawa dobiegła końca i już nic nas nie może zaskoczyć. Zwijamy bazę wysuniętą i siedzimy w bazie czekając na jaki. Wiatr wcale nie ucichł, a na dodatek zaczął padać śnieg. Bezustannie. Po drugim dniu wiemy, że musimy jakoś zejść do Nyalam, inaczej śnieżyca na uwięzi. Jaki na pewno nie przedrą się do nas. Decyzja zapadła szybko. Idziemy jutro. Dzisiaj jeszcze powinien dojść Chhiring z ostatnim ładunkiem z bazy wysuniętej.
   Zaczyna zmierzchać. Chhiring nie wziął radia i nie wiemy, co się z nim stało. Bierzemy czołówki i wyruszamy zaniepokojeni w noc i śnieżycę, ku bazie wysuniętej. Nie powinien być daleko - myślimy - silny chłop jest na schwał. Zaraz jednak w głowie pojawiają się czarne scenariusze. Śnieg pada przez cały czas, a może gdzieś się przewrócił i teraz go przysypuje. Może złamał nogę i zamarza gdzieś skulony. Z drugiej strony wiemy, że niesie ze sobą śpiwór, jedzenie i namiot, który zabrał z bazy wysuniętej. Ma wszystko, by zabiwakować. Tylko dlaczego rano zapomniał wziąć radia. Błąkamy się po okolicy do północy. Wracamy do bazy oblepieni śniegiem, zmęczeni i przemoczeni. Zaczyna panować ponury nastrój. Ranek przyniesie rozwiązanie. Rozchodzimy się ociężale do namiotów.
   Rankiem przychodzi uśmiechnięty Chhiring. I zmęczony. Wczorajsza śnieżyca tak go zmęczyła, że nie był w stanie dojść do bazy. Zabiwakował. Kiedy zaczęliśmy wypytywać go, w którym miejscu rozstawił namiot, okazało się, że we wczorajszych poszukiwaniach dotarliśmy prawie do niego. Zabrakło nam dwustu metrów. Wszyscy ożywieni pakujemy się i jemy krótki posiłek. Przez chmury prześwitują kawałki błękitu. Powinien być dobry dzień na zejście. W osamotnionej bazie, razem z bagażami, zostają nasi kucharze: Jagat i Chhirin. Zaczekają na jaki.

DŁUGA DROGA DO KATHMANDU...

   Ładujemy do plecaków najniezbędniejsze rzeczy i jak uskrzydleni wyruszamy do Nyalam. Pierwsze kilka kroków jednak ostudza nas zapał. Śnieg czasami sięga pasa i początkowo radosne schodzenie zamienia się w żmudne torowanie. Po zaledwie godzinie nadchodzą chmury i powoli tracimy orientację. Przychodzi zimny wiatr i znowu zaczyna padać śnieg. Po dwóch godzinach nie wiemy zupełnie gdzie jesteśmy. Wiemy tylko w jakim kierunku mamy iść. Kluczymy straszliwie, by znaleźć jak najpłytsze miejsca, by jak najmniej torować w głębokim śniegu. Kiedy zmierzcha trafiamy na znajomą morenę. Wiemy, że gdyby była pogoda bylibyśmy tutaj kilka godzin wcześniej. Liczymy trochę na to, że od pewnego mostku powinny być już ślady do samego Nyalam. Ktoś tam napewno doszedł. Od mostku to już 2-3 godziny i jesteśmy na miejscu - pocieszamy siebie nawzajem. Schodzimy do rzeki, myśląc że będzie nam łatwiej torować drogę. Niestety. Oprócz głębokiego śniegu zaczynamy zmagać się także z cienkim lodem. Który ma tendencję do załamywania się w najmniej odpowiednim momencie. Co pewien czas wpadamy do wody nawet po kolana. Niektóre buty to wytrzymują, inne zamieniają się w wielkie bryły lodu. Lekceważona wycieczka do Nyalam przerodziła się w koszmar.
   W końcu docieramy do upragnionego mostku. Nie widać, by ktokolwiek czy cokolwiek przechodziło w okolicy. Pamiętam z zeszłego roku ile pracy nas kosztowało przebicie się do Nyalam. A śnieg był dużo płytszy. Ogarnia nas zrezygnowanie. Siadamy, jemy jakieś resztki batonów i milczymy. Po kilkunastu minutach mróz nas podnosi do kolejnego wysiłku. Zaczynamy żmudne torowanie. Niby tylko kilka kilometrów. Trawersujemy zbocze za zboczem. W którymś miejscu zapadam się w śniegu po piersi i ledwie mam siłę się wydostać. Po dwóch godzinach drogi pojawiają się koło nas światła Nyalam. Wiem jednak, że to złudzenie. W zeszłym roku też myśleliśmy, że jesteśmy niedaleko. To dopiero połowa drogi. Po kolejnych dwóch godzinach wchodzimy do miasta. Wszędzie stoją zaparkowane ciężarówki zasypane śniegiem. Wyglądają jak wielkie robaki, które ugrzęzły w śniegu. Zmęczeni docieramy do baru, który na szczęście jest otwarty. Mieli na nas czekać. Do świtu już niedaleko, szliśmy ponad czternaście godzin. Od razu zamawiamy stertę jedzenia i picie. Zalodzone buty, mokre skarpetki i przepocone kurtki kładziemy na rozgrzanej kozie. Powoli rozkoszujemy się nadchodzącym ciepłem. I przekonaniem, że już nic nas nie może powstrzymać przed powrotem.
   Niezupełnie. Ciężarówki, które stoją na ulicach Nyalam mogą oznaczać tylko jedno. Droga do oddalonego o 40 kilometrów, położonego ponad kilometr niżej Zangmu jest zablokowana śniegiem. Po południu następnego dnia udaje nam się jednak ją przebyć i nocleg spędzamy w przygranicznym hotelu. Jutro już będziemy w Kathmandu...

----- CZĘŚĆ I -----

 

Powrót na górę strony

 

jesteś w >>>główna/reportaże/Shisha Pangma 2005 II
 
Piotr Morawski 2003 --> ostatnia zmiana: 19.04.2007